Archive for » 2009 «

Od Słowa do słowa

Siódmy dzień w oktawie Narodzenia Pańskiego (J 1,1-18)

“Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię” – tak zaczyna się Księga Rodzaju. Tak zaczyna się całe Pismo Święte. “Na początku było Słowo” – tak zaczyna się Ewangelia według św. Jana. Ta napisana później niż trzy pozostałe. Ta, która jest nazywa czasami Ewangelią Miłości.

Słowo to moc stwórcza Boga. Zawarty w księdze Rodzaju opis stworzenia świata oparty jest właściwie w całości na tym, że Bóg wypowiada słowa. “Wtedy Bóg rzekł: «Niechaj się stanie światłość!» I stała się światłość”. To fascynujące. Bóg nie tylko słowem stwarza. Bóg również według Księgi Rodzaju nazywa to, co stworzył.

Słowo to także przesłanie, które Bóg skierował do ludzi. Nie bez powodu w czasie Mszy św. po odczytaniu tekstów biblijnych słyszymy “Oto słowo Boże”, “Oto słowo Pańskie”. Bóg objawił się człowiekowi używając słowa. Bóg wielokrotnie zwracał się do ludzi za pomocą słowa. A chociaż było to słowo o wielkiej mocy, nie wszyscy je przyjmowali.

Słowo nie tylko było na początku, nie tylko było u Boga, nie tylko było (jest) Bogiem, lecz także stało się ciałem. Słowo narodziło się jako Bóg-człowiek. Co prawda Jan Ewangelista w Prologu nie napisał wprost, że Słowo to Jezus, ale o kim innym mógłby pisać w taki wyjątkowy sposób?

“Na świecie było Słowo,
a świat stał się przez Nie,
lecz świat Go nie poznał.
Przyszło do swojej własności,
a swoi Go nie przyjęli”.

W potopie słów bez znaczenia, bez siły, bez mocy, a często nawet bez sensu, w kolejnym pokoleniu popełniamy ten sam błąd – nie przyjmujemy Słowa. Wolimy tonąć w powodzi ludzkich słów. Słów, które niczego nie stwarzają. Słów, które niczego nie objawiają. Słów, które nie kochają. Słów, w których nie ma łaski i prawdy. Słów, które nie otwierają nam oczu na Boga.

Popularity: 2% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS

Bez przypadków

Piąty dzień w oktawie Narodzenia Pańskiego (Łk 2,36-40)

Wielu przestępców dopiero po złapaniu zdaje sobie sprawę, że na świecie nie jest łatwo się ukryć przed ludźmi. Okazuje się, że tak zwani przypadkowi świadkowie potrafią się znaleźć w zdumiewających miejscach. Tam, gdzie przestępca się ich zupełnie nie spodziewa. Tam, gdzie ich nie dostrzega. Tam, gdzie czuje się bezpieczny, bo myśli, że nikt na niego nie patrzy. Okazuje się, że tacy, na pozór przypadkowi świadkowie, mają wielkie znaczenie. Są w stanie wpłynąć na czyjeś życie.

Przekonał się o tym złodziej, który chciał okraść kościelną skarbonę. Długo obserwował świątynię, licząc wchodzących i wychodzących. W końcu doszedł do wnioku, że w środku nikogo nie ma. Wszedł, zaryglował drzwi i zabrał się za rozbijanie skarbonki. Nie dbał o to, aby nie robić hałasu. Dlatego nie usłyszał, jak staruszka siedząca w mroku za filarem, dzwoni przez telefon komórkowy do proboszcza. Bardzo się zdziwił, gdy proboszcz w asyście dobrze zbudowanego wikarego stanęli nagle za jego plecami. Nie zauważył, że weszli przez zakrystię.

Gdy Maryja i Józef przynieśli małego Jezusa do świątyni, natknęli się nie tylko na Symeona. Oprócz niego była tam też prorokini Anna. Starsza, pobożna kobieta. Była. To bardzo ważne słowo, jeśli chodzi o sprecyzowanie roli, jaką w całym zdarzeniu odgrywała Anna. Z tym słowem łączy się sformułowanie “mówiła o Nim wszystkim”. Anna to klasyczny świadek. Dobry świadek. Naoczny świadek. Była na miejscu w ważnej chwili, widziała i słyszała. Po czym dzieliła się swoim przeżyciem z wszystkimi.

Wydaje się, że do Anny znakomicie pasuje określenie “przypadkowy świadek”. Ale nie. Tu nie ma przypadków. Anna nie jest przypadkowym świadkiem. Jest świadkiem, który znalazł się we właściwej chwili w odpowiednim miejscu. Po to, aby móc dawać świadectwo.

Niejeden chrześcijanin, katolik, zastanawia się, dlaczego przyszło mu żyć w tych, a nie innych czasach, w tym, a nie innym kraju. Niejeden ma wrażenie, że trafił w ten czas i w to miejsce raczej przez przypadek, może nawet przez pomyłkę. Myśli, że lepiej by się sprawdził gdzie indziej i kiedy indziej.

W Bożym planie wszystko ma sens. Każdy trafia tam, gdzie powinien, gdzie jest potrzebny, gdzie ma jakąś misję do spełnienia. Tu nie ma przypadków. Tak, jak prorokini Anna nie przez przypadek znalazła się w świątyni wtedy, gdy wnoszono do niej małego Jezusa.

Popularity: 2% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS

Bóg na rękach

Piąty dzień w oktawie Narodzenia Pańskiego (Łk 2,22-35)

“Jakie śliczne dziecko. Oj ti,ti ti…” – pochyla się starsza pani nad wózkiem. “A to córka czy syn?” “Syn” – odpowiada matka z mieszaniną dumy i zniecierpliwienia w głosie. “Mogę go wziąć na ręce?” – pyta starsza kobieta. “No co pani!” – oburza się matka i szybko odjeżdża, o mało nie przewracając starszej pani.

Starsi ludzie lubią pochylać się nad niemowlętami. Lubią je brać na ręce i przytulać. Maleńkie dziecko i stary człowiek stanowią ciekawy kontrast. Dwie skrajności. Początek życia i schyłek życia. Wszystko przed człowiekiem i wszystko za człowiekiem. Nadzieja i doświadczenie.

Spotkanie Jezusa ze starcem Symeonem w jerozolimskiej świątyni to wydarzenie o wielkim znaczeniu. Symeon to ten, który czeka na mesjasza. Jezus to Mesjasz.

Symeon otrzymał zadziwiającą obietnicę. Miał żyć tak długo, aż ujrzy Mesjasza Pańskiego. Aż ujrzy i tylko ujrzy. Spełnienie obietnicy polegało na tym, że Symeon zobaczył ośmiodniowe dziecko. I to mu wystarczyło. Nie domagał się dalszych lat życia, aby zobaczyć Mesjasza “w akcji”. Zaufał Bogu, że to ubogie dziecko jest tym, na którego cały Naród Wybrany czeka od stuleci. Spełniony zawołał:

“Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu
w pokoju, według Twojego słowa.
Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie,
któreś przygotował wobec wszystkich narodów:
światło na oświecenie pogan
i chwałę ludu Twego, Izraela”.

Maryja nie miała oporów, jakie dzisiaj często mają matki niemowląt. Pozwoliła, aby obcy człowiek wziął małego Jezusa na ręce. W rzeczywistości to, co zrobił Symeon, było aktem wielkiej odwagi. Symeon wiedział, że to nie jest tylko dzidziuś, że to nie tylko milutkie, malutkie Dzieciątko. Symeon wiedział, że bierze na ręce spełnienie najważniejszej obietnicy Boga.

Wielu katolików bardzo lubi Boże Narodzenie nie tylko ze względu na związane z nim zwyczaje i tradycje. Lubią pielęgnować w sobie taki obraz Boga – bezradnego, zależnego od człowieka, milutkiego. Lubią Dzieciątko, bo nie stawia wymagań, nie wskazuje hipokryzji, nie domaga się pójścia za Nim. To taki łatwy Bóg. Bóg, którego można wziąć na ręce i uśpić.

Tyle, że to nieprawdziwy obraz Boga. Nawet w tym Dzieciątku jest cała wszechmoc i potęga Boga. Przede wszystkim jest Jego Miłość.

Popularity: 3% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS
Category: Codziennie  Tags:  Leave a Comment

Nic nadzwyczajnego

Święto Świętych Młodzianków Męczenników (Mt 2,13-18)

Od ilu osób masowe morderstwo zasługuje na określenie “rzeź”? To ważne pytanie. Zwłaszcza dla dziennikarzy. Bo trzeba umieć stopniować napięcie u odbiorcy. Trzeba pamiętać, że zawsze rozmiar zbrodni może być jeszcze większy. Ktoś zamorduje nie pięćset, ale tysiąc pięćset osób. Jeżeli zamordowanie pięciuset nazwiemy rzezią, to jak nazwiemy zbrodnię, w której zginęło trzy razy więcej ludzi?

Dzisiaj informację o wymordowaniu przez kogoś tysięcy ludzi przyjmujemy spokojnie, nie przerywając jedzenia kolacji. Jednym okiem rzucamy na ekran telewizora, a drugim szukamy smakowitego kąska na półmisku. Trudno więc oczekiwać, że jakoś szczególnie przejmiemy się wiadomością o śmierci bliżej nieokreślonej liczby niemowląt w okolicach Betlejem dwa tysiące lat temu. Mało to szaleńców w ostatnich dwóch tysiącleciach popełniało na dzieciach jeszcze gorsze zbrodnie? Z punktu widzenia dziejów ludzkości czyn Heroda nie jest niczym nadzwyczajnym.

Właściwie to można by mieć do Boga poważne pretensje za przebieg tamtych wydarzeń. No bo dlaczego Bóg uratował Jezusa, a nie uratował tych wszystkich niemowląt, które kazał wyrżnąć Herod? Dlaczego nie ostrzegł innych, a jedynie Józefa? Czy to w porządku?

Uwaga, właśnie wpadamy w bardzo groźna pułapkę! Próbujemy podporządkować Bożą ekonomię zbawienia naszym ludzkim standardom. Co prawda spływa po nas jak po kaczce, że jakiś bandzior na politycznym albo wojskowym stołku kazał niedawno wymordować tysiące ludzi, bo takie miał zachcenie, ale oburza nas, że Pan Bóg nie uratował niewinnych maluchów w Betlejem. Równie dobrze można Boga obwiniać za śmierć milionów dzieci, które co roku giną w łonach ich matek.

Bóg dopuszcza zło. Nie ogranicza naszej wolności, gdy postanawiamy grzeszyć. Czy to również Jego wina?

Bóg potrafi sprawić, aby ze zła wynikło dobro. Nikt inny tego nie potrafi. A my – szczerze mówiąc – nie za bardzo nawet rozumiemy, jak to możliwe. Za to obarczanie Boga naszymi winami idzie nam całkiem dobrze.

Popularity: 3% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS

Ból serca

Święto Świętej Rodziny – Jezusa, Maryi i Józefa (Łk 2,41-52)

Pierwszą wyprawę Jezusa do Jerozolimy trudno zaliczyć do rodzinnych sukcesów. Jezus nie tylko się zgubił. Jezus okazał się nieposłuszny. Zrobił coś, co wywołało ból serca Maryi i Józefa. W dodatku nie miał poczucia winy. W dodatku na zarzut odpowiedział w taki sposób, że Maryja i Józef Go nie zrozumieli.

Rodzice, którzy mają trudności wychowawcze, zwykle się martwią. Usiłują zrozumieć, dlaczego ich dziecko nie zachowuje się tak, jak tego oczekują. Szukają winy w nim i w sobie. Zastanawiają się, jakie popełnili błędy. Szukają sposobów, aby zrozumieć motywacje swego dziecka. Często jednak okazuje się, że jest granica, za którą nie są w stanie przejść. Dziecko stanowi dla nich tajemnicę, której nie potrafią poznać. To ich niejednokrotnie jeszcze bardziej frustruje. Przestają wierzyć w sensowność swojego rodzicielstwa. Uważają, że zawiedli. Zaczynają się bać.

Pierwsze zapisane przez Łukasza Ewangelistę słowa Jezusa to nie jakieś wielkie wskazania w stylu kazania na górze, lecz odpowiedź na pretensje i wyrzuty ze strony najbliższych Mu ludzi. “Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?”. Ta niezbyt grzeczna odpowiedź niesie jednak bardzo ważną treść. Który z ówczesnych nastolatków nazywał Boga swoim Ojcem?

Incydent w dwunastoletnim Jezusem, który utkwił w świątyni jerozolimskiej, zamiast grzecznie z całą rodziną wracać do Nazaretu, jest bardzo ważny. Podważa próby pokazywania Świętej Rodziny w sposób bajkowy, jako pozbawionej wszelkich problemów, zgrzytów, kłopotów i konfliktów. Pokazuje, że Bóg nie korzystał z taryfy ulgowej, lecz jeśli już zdecydował się przyjąć człowieczeństwo, to zrobił to całościowo, bez wybierania sobie tylko tego, co miłe i przyjemne.

W całej sytuacji jest jeszcze jeden szczegół, na który rzadko zwraca się uwagę. Jezus Chrystus, Bóg-człowiek, Boże Syn, spowodował i Maryi i Józefa “ból serca”. Oni z Jego powodu cierpieli. Ale równocześnie w tym cierpieniu dostali ważną wskazówkę, dotyczącą źródła ich cierpienia. Ono wynikało z przyjętej przez nich w tym momencie błędnej hierarchii wartości. To częsty powód ludzkiego cierpienia. Częsty powód cierpienia w rodzinie. Tak bywa bardzo często wtedy, gdy ktoś w rodzinie usiłuje wymóc na innych realizację wyłącznie swojej wizji. Na przykład, gdy rodzice próbują za wszelką ceną wepchnąć dzieci we wcześniej przygotowany szablon, dopasować je do idealnej według nich formy, zapominając, że człowiek to nie twór z plasteliny, który można dowolnie dopasowywać do swoich zachcianek.

Popularity: 5% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS
Category: Niedzielnie  Tags:  Leave a Comment

Kto to mówi?

Święto Św. Szczepana, pierwszego męczennika (Mt 10,17-22)

Święty Szczepan zachowywał się w czasie swojej egzekucji dziwacznie. Ktoś nawet powiedział, że umierał z uśmiechem na ustach. No, może nie aż tak to było, ale i tak jego zachowanie w tak dramatycznej chwili było zaskakujące. Nie złorzeczył swoim oprawcom. Nie zapowiadał pomsty. Nie groził im nieuniknioną karą Bożą. On się modlił i to nie tylko za siebie, ale również za tych, którzy go zabijali.

“Panie, nie poczytaj im tego grzechu” – modlił się pierwszy męczennik chrześcijaństwa. To brzmi znajomo. Ktoś się modlił w podobnej chwili w podobny sposób. Kto to był? “Gdy przyszli na miejsce, zwane «Czaszką», ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej Jego stronie. Lecz Jezus mówił: «Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią»”. No właśnie! Czy Szczepan świadomie powtarzał to, co zrobił Jezus na krzyżu? Być może. Ale niekoniecznie. Szczepan nie musiał wiedzieć, że Jezus modlił się za swoich morderców. Bardzo prawdopodobne, że w jego przypadku zadziałał inny mechanizm.

Jezus zapowiadając swoim uczniom prześladowania (a było to krótko po wyborze Dwunastu Apostołów), dodał zastanawiającą ni to wskazówkę, ni to radę. ” Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić”. W czasach, gdy na wszystko, nie tylko na sytuacje trudne i kryzysowe, są wymagane z góry opracowane procedury i sformułowania, trudno pojąć tego typu zalecenie. Dzisiaj specjaliści zalecają, aby nawet w dwuzdaniowej odpowiedzi na pytanie dziennikarza skorzystać z gotowych wzorców.

Ale też jakiego “suflera” obiecał Jezus! “Gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was”.

Szczepan był męczennikiem. To znaczy Szczepan był świadkiem. Nie samego siebie. Nawet nie swojej wiary. Szczepan był świadkiem Jezusa Chrystusa. To Jemu dawał świadectwo nie tylko swoją śmiercią, ale także tym, jak umierał. Gdyby Szczepan nie był świadkiem, jego męczeństwo nie miałby wiele wartości.

Paradoksalnie, czasem łatwiej jest oddać życie za wiarę, niż zgodnie z nią żyć. Niż w zwykłym życiu dawać świadectwo Jezusowi. Niż być Jego naśladowcą w świecie, w którym premiowany jest inny system wartości, niż ten Jezusowy.

Popularity: 2% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS
Category: Codziennie  Tags:  Leave a Comment