Powieść
1.
- Ja tego nie powiem. Już i tak zrobiłem z siebie wystarczająco wielkiego idiotę – o. Felipe Lamborghini już szukał palcem klawisza z czerwoną słuchaweczką, chociaż wiedział, że nie może się rozłączyć. Aż się wzdrygnął na wspomnienie własnych wypowiedzi sprzed kilku dni.
- Ten pomysł ze wspomnieniem rocznicy Soboru był genialny – usłyszał w słuchawce głos ks. Heinricha Gähnena, sekretarza osobistego. – Tylko jezuita mógł wymyślić coś tak przewrotnego – rechotał uwielbiany za urodę duchowny.
- Nie powiem i już – zignorował złośliwość Lamborghini. – Znajdźcie sobie innego naiwnego.
- Więc ja ojcu powierzam ten problem – spoważniał sekretarz. – Proszę go wziąć na warsztat modlitwy i rozwiązać do jutra do południa. Bardzo na ojca liczymy.
Gähnen rozłączył się i z zadowoleniem spojrzał na red. Giorgio Plantiego, popijającego wolno wyjątkowo drogie wino.
- Wściekł się – oznajmił.
Planti znów upił wina.
- To dobrze. W stresie ludzie lepiej pracują. Założę się, że wiem, komu to wciśnie.
- Biedny Morales – zatroskał się nie do końca szczerze osobisty sekretarz i poprawił koloratkę.
- No co, to on w końcu wywołał całą tę hecę z lefebrystami. To niech cierpi – naburmuszył się Planti, szef jedynej w swoim rodzaju gazety.
- No tak, ale to śmieszne, żeby wysoki dostojnik kościelny ogłaszał nagle, że załatwił cofnięcie ekskomuniki komuś, o kim nic, ale to nic nie wiedział, prawda?
- Nie, to nie śmieszne – Planti z trudem powstrzymywał się od śmiechu. – To kompletnie idiotyczne!
„Czego się nie robi dla pieniędzy” – westchnął znany pisarz Bronisław Gniot i wykręcił z maszyny kartkę papieru. Podszedł do faksu i wysłał ją do redakcji, zastanawiając się, czy cały ten kamuflaż nie jest za daleko posunięty. Przecież mailem byłoby o wiele prościej i mniej kłopotliwie. „Ktoś w końcu i tak dojdzie, że to ja” – pomyślał bez szczególnego niepokoju i poszedł do kuchni, aby wyciągnąć z lodówki kolejne piwo.
(Ewentualna zbieżność imion i nazwisk jest całkowicie przypadkowa)
Popularity: 40% [?]










