Archive for the Category »Codziennie «

Niepewność

Chciałem wejść na mojego bloga na Onecie, aby wpisać krótkiego posta. Tradycyjnie wybrałem adres z „Ulubionych” i… dowiedziałem się, że „Blog o podanym adresie nie istnieje. Sprawdź, czy wpisałeś poprawny adres lub skorzystaj z wyszukiwarki blogów”. No to spróbowałem drugi raz. Tym razem otrzymałem inna informację: „Przepraszamy, wystąpił błąd … Twojemu blogowi na pewno nic nie jest. Spróbuj za chwilę. Opis błędu: b(-101)”. 

I jak tu wierzyć Internetowi? Ktoś śmie twierdzić, że „Internet jest wieczny”. Być może. Ale dostęp nie niego i do jego poszczególnych treści wcale taki wieczny nie jest. A już na pewno nie jest pewny.

Czekając chwilę, aby za nią spróbować, zgodnie z instrukcją, próbowałem wejść na inne onetowe blogi. Nic z tego. 

Wczoraj słyszałem, jak jeden biskup dowodził, że o ludzkimi siłami nie da się zdobyć prawdziwej wolności. Nie tylko wolności. Ludzkimi siłami nie da się zdobyć pewności. Niczego. 

Gdy minęła długa, wielominutowa chwila, ponowiłem próbę. Okazało się, że Onet zdecydował się trzymać wersji o nieistnieniu mojego bloga. Wiem, nie zdarza się to pierwszy raz i pewnie za jakiś czas (bywało, że mijały długie godziny), Onet zmieni zdanie i odda mi dostęp do mojego bloga. Tylko że ja akurat wtedy będę miał co innego do roboty, niż umieszczanie postów.

 „Z żarówkami to nigdy nic nie wiadomo” – pocieszył mnie znajomy, któremu pożaliłem się, że mi się przepaliła żarówka w samochodzie po zaledwie siedmiu miesiącach. A pan w serwisie z satysfakcją wystawił osobną fakturę za wstawienie żarówki (oprócz tej za kupno) i stwierdził: „Dlatego na żarówki nie dajemy gwarancji”. „A na jej założenie?” – zapytałem. Nie złapał dowcipu. 

Wracając z nową żarówką, ale za to bez wcale niemałej sumy pieniędzy, pomyślałem, że w Kościele tez mamy takie nieobjęte gwarancja żarówki. Pełno ich mamy. To tak zwany element ludzki. 

Ciekawe, blog siostry Małgorzaty Chmielewskiej jest dostępny… a mój wciąż nie…

Popularity: 1% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS
Category: Codziennie  Tags: ,  Leave a Comment

Wojna z butem

Jestem w stanie wojny z własnym butem. Nie z dwoma. Z jednym. Lewym. Muszę z bólem (tak, tak, właśnie z bólem) przyznać, że w obecnej sytuacji to but ma przewagę. Nie pomagają żadne plastry naklejane na palce stopy. But mnie uciska i powoduje bąble, które coraz bardziej bolą. Chodzenie, a nawet stanie i siedzenie w bucie nie tylko przestało być przyjemnością lub chociaż normalnością. Stało się udręką.

Sprawa jest tym bardziej przykra, że to nie jest jakiś nowy but. To mój stary, sprawdzony w wielu trudnych sytuacjach, but. Przez wiele miesięcy mogłem na niego liczyć. To był całkiem fajny but. Nie oszczędzałem go. Ale gdy oderwała się mu podeszwa, zainwestowałem w specjalny klej do butów i przykleiłem ją z wielką starannością. Podobnie zresztą jak jego towarzyszowi z pary, ponieważ obaj niemal w tym samym czasie doznali podobnych obrażeń.

Jeszcze przed wakacjami wszystko między mną a butem było w porządku. Wchodził gładko na stopę i nie przypominał o sobie w żaden wyraźny sposób. Chodził tam, dokąd chciałem ja iść. Nie zgłaszał żadnych pretensji, nie zmuszał mnie do poświęcania mu większej uwagi niż te chwile, w których go zakładałem, sznurowałem, zdejmowałem, czasami czyściłem, używając nie jakiejś taniej pasty, ale jednej z lepszych…

I nagle po wakacjach coś mu się stało. Fakt, przez wiele tygodni go nie używałem, bo chodziłem w sandałach. Ale myślałem, że but ten czas przymusowego odpoczynku odebrał pozytywnie. Tymczasem już po pierwszym włożeniu po wakacyjnej przerwie okazało się, że but przestał mi służyć. Zaczął podkreślać swoją obecność na mojej nodze w sposób niespodziewany i drastyczny. W dodatku w ogóle nie wiem, jak się w nowej sytuacji zachować. Sposoby, po które dotychczas w takich chwilach sięgałem, przestały się sprawdzać. W ogóle nie dają efektu.

Jest mi przykro. No i co ja mam teraz z tym butem zrobić? Ktoś powie, kupić nowe. To wcale nie takie oczywiste. Przecież drugi but z tej pary nadal bardzo dobrze się sprawdza i należycie mi służy. Dlaczego więc miałby wylądować na śmietniku, skoro niczym nie zawinił? Poza tym pojawili się obrońcy lewego buta, którzy twierdzą, że to z moją stopą się coś porobiło w czasie wakacji, a nie z butem. Przyglądałem się jej bardzo uważnie, porównywałem z prawą i uważam, że to teza pozbawiona podstaw. Myślę, że jednak poważna zmiana na gorsze nastąpiła w bucie. Tylko nie wiem, co ją spowodowało.

Nie wiem dlaczego, ale cała ta moja utarczka z butem doprowadziła mnie do głębokiego zastanowienia i chęci poznania myśli Boga, gdy ludzie popełnili grzech pierworodny. Sądząc z ludzkiej perspektywy, powinien być bardzo zawiedziony… No bo jak się czuje człowiek zawiedziony przez drugiego człowieka chyba każdy wie…

Popularity: 1% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS

W liczbach

Lubimy patrzeć na Kościół poprzez liczby. Ilu ludzi chodzi na Mszę, a ilu przystąpiło do Komunii, ilu pielgrzymów przyszło pieszo na Jasna Górę, a ilu odwiedziło w tym samym okresie Licheń? Ilu księży przybyło, a ilu ubyło, ilu kandydatów zgłosiło się do seminariów duchownych w tym roku, a ilu rok temu? Jaki procent uczniów chodzi na katechezę, a ilu woli mieć w tym czasie wolne?

Liczb nie da się uniknąć. W opisach biblijnych też raz po raz napotykamy liczby. Na przykład ilu głodnych Jezus nakarmił, albo ile osób stało pod krzyżem. Ilu wybrał Apostołów, a ilu z nich Go zdradziło?

Liczby jednak bywają zdradliwe. Właściwie nie tyle same liczby, co wnioski, które się z nich próbuje wyciągać. Co z tego, że Jezus nakarmił pięć tysięcy samych mężczyzn, skoro niewiele czasu upłynęło, a pozostała przy Nim garstka, która była w stanie przyjąć trudne słowa o tym, że On da sam siebie na pokarm. Gdyby Jezus dzisiaj chodził po ziemi, mielibyśmy w mediach, opisujących Jego działalność, nieustanną huśtawkę nastrojów. Komentatorzy prześcigaliby się w dowodzeniu raz, że jest u szczytu powodzenia, innym razem, że właśnie poniósł totalna klęskę i w ogóle wypadł z publicznego życia.

Bożego działania nie da się ująć w wykresy przypominające giełdowe notowania i wyniki sondaży. U Boga nie ma hossy i bessy. Bóg nie układa swych planów w tej perspektywie czasowej, w której my tu na ziemi musimy funkcjonować. Kwartalne rozliczanie Boga nie ma sensu. Bóg nie musi mieć stałego wzrostu produkcji, aby utrzymać pozycję na rynku. Bóg może sobie pozwolić na to, aby Jego Syn umarł na krzyżu. Bóg ma moc, aby Go wskrzesić, aby zmartwychwstał.

Jak ludziom (wierzącym i niewierzącym) wytłumaczyć, że w zamyśle Bożym Kościół nie jest globalnym holdingiem, który musi wykazywać się wynikami? Jak wszystkim spanikowanym bliskim upadkiem Kościoła wyjaśnić, że Jezus nie żartował, kiedy mówił, iż bramy piekielne go nie przemogą? I że przez dwa tysiące lat nie zmienił w tej kwestii zdania, bo nie jest politykiem, który musi zabiegać o przychylność wyborców?

Popularity: 1% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS

W sprawie jabłek

„Nie siedź tak, tylko pozbieraj te jabłka, które spadły i daj do jedzenia” – powiedziała żona mojego znajomego. Pozbierał. Upchał je na jakiejś plastikowej tacce i postawił na stole, przy którym siedzieliśmy w ogrodzie. Jabłka sobie leżały i nikt się nie kwapił, żeby je jeść, chociaż po ogrodzie hasała spora gromadka dzieci. Ja sam zresztą też nie za bardzo miałem ochotę. No bo kto ma ochotę jeść jabłka, które są poobijane, mają jakieś brązowawe plamy, a gdzieniegdzie może nawet jakiś robaczek się trafi…?

Gdy żona mojego znajomego zauważyła, w jaki sposób rozwiązał on sprawę jabłek, spojrzała na niego wymownie i bez słowa zabrała ze stołu całą tackę z owocami. Po niedługim czasie postawiła na stole elegancki półmisek, który wypełniały zgrabne ćwiarteczki obranych jabłek, a obok w miseczce złocił się miód, w którym można była kwaskowate cząstki zanurzyć. Nie tylko ja z entuzjazmem rzuciłem się na tak atrakcyjnie podane owoce. Na wyścigi z dziećmi błyskawicznie opróżniliśmy półmisek. Wiedziałem, że to te same jabłka, które leżały smutno pod drzewem, a potem zniechęcały potencjalnych konsumentów niefajnym wyglądem. Wiedziałem, a jednak jadłem je ze smakiem i zazdrośnie odprowadziłem wzrokiem ostatnią ćwiartkę, którą sprytnie zdobył najmłodszy dzieciak.

Przypomniała mi się ta jabłkowa przygoda, gdy przyglądałem się tegorocznym obchodom rocznicy podpisania porozumień sierpniowych i gdy czytałem w mediach komentarze określające je jako kompletną klapę i katastrofę. Fakt, było w tych obchodach trochę poobijanych, trochę niesmacznych, trochę może nawet robaczywych i budzących obrzydzenie chwil i sytuacji. Ale przecież, jeśli spojrzeć na poszczególne elementy rocznicowe, było tam mnóstwo rzeczy fajnych, świątecznych, budzących nie tylko refleksję, ale również słuszną dumę z tego, co przed laty wspólnym solidarnym wysiłkiem, osiągnęliśmy. Rzecz jednak w tym, jak to zostało nam podane.

Wiem, łatwiej jest pozbierać wszystko jak leci i rzucić byle jak ludziom przed nosy. To nie wymaga wysiłku. Ale czy tak wiele wysiłku trzeba, aby te same kąski obrać z tego, co brzydkie, złe i szkodliwe, po czym podać ludziom w taki sposób, aby chcieli na nie nie tylko spojrzeć, ale również przyjąć z przyjemnością, a może nawet z radością i satysfakcją?

Kiedy kilka dni później znów odwiedziłem moich znajomych od jabłek, widziałem na własne oczy, jak pan domu pozbierane spod drzewa jabłka osobiście obierał, dzielił na ćwiartki i elegancko układał na kolorowym półmisku. Widziałem też dzieci, które przerywały zabawę i ustawiały się w kolejce, czekając aż tata skończy przygotowywać owoce. Niestety, nie udało mi się dobrać do jabłek przed nimi. Załapałem się tylko na jedną ćwiartkę. A w ogóle, to przypomniało mi się, że przecież ja nie za bardzo lubię jabłka. Chyba, że ktoś mi je obierze, pokroi i poda na fajnym talerzu.

Tekst wygłoszony na antenie Radia eM

Popularity: 1% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS

Nihil novi

Redaktor naczelny jednego z polskich dzienników wrócił z urlopu i z przerażeniem odkrył, że według trzech polskich tygodników opinii sytuacja w Polsce na linii państwo-Kościół jest dramatyczna. Dla państwa. “Polski Kościół gnębi państwo” – dowiedział się z jednego czasopisma. W innym wyczytał, że “Polska to kraj katolickiej opresji i niewoli”. A w trzecim znalazł enuncjacje byłego zakonnika na temat niebezpieczeństw, jakie niesie dzieciom oddawanie ich przez rodziców na wychowanie Kościołowi.

Zaraz mi się przypomniały tłumy rodziców, które widziałem podczas inauguracji roku szkolnego w nowej katolickiej i w dodatku prowadzonej przez zakonników szkole. Gdyby poważnie potraktować słowa byłego zakonnika, trzeba by tych wszystkich ludzi uznać za zbrodniarzy, którzy własnym dzieciom zgotowali los najgorszy z możliwych. W dodatku jeden z szefów zakonu otwarcie mówił, iż otwierana właśnie placówka stawia sobie trzy cele: dobrze uczyć, dobrze wychowywać (a właściwie pomagać rodzinie w wychowaniu) i dobrze formować po chrześcijańsku. W moim złośliwym umyśle natychmiast zrodziła się sugestia, że może były zakonnik powinien teraz założyć antyzakon, który będzie miał charyzmat ochrony dzieci przed katolickim wychowaniem. Może nawet powinno być prawnie zakazane powierzanie dzieci zakonnikom?

Kurcze, znów to samo. To już było. Co prawda nie w moich tekstach, ale w rzeczywistości. Takie pomysły i idee nie tylko głośno prezentowano, ale nawet usiłowano wprowadzać w życie w wielu miejscach i czasach na świecie. Czyli nie wymyśliłem niczego nowego. Nihil novi sub sole. Jedyna pociecha, że były zakonnik też okazał się wtórny. Ale co to za pociecha? Marniutka.

Skoro już zacząłem odkrywać powtarzalność myśli, faktów i idei, szybko wykryłem, że tocząca się ostatnio w Polsce z taką zażartością dyskusja na temat procentowej zawartości Kościoła w państwie i na odwrót, też nie jest niczym nowym. Ona się toczy od wieków. Ba, od tysiącleci. Bo gdy jedni skupiają się na słowach Jezusa, że królestwo Jego nie jest z tego świata i tylko w jedną stronę interpretują wezwanie “Oddajcie Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”, drudzy przytomnie zauważają, że Jezus kazał jednak to królestwo budować tu i teraz. Nie przeciwko czy w izolacji od państwa.

Kto dzióbnął trochę historii wie, że linia styczna państwa i Kościoła jest bardziej wiotka i delikatna niż pajęczyna. Łatwo ją nie tylko zerwać, ale również łatwo ją lekkim dmuchnięciem wygiąć w jedną lub drugą stronę. A takich dmuchaczy po obu stronach nigdy nie brakowało. Bo zarówno po stronie państwa, jak i po stronie Kościoła zawsze byli, są i będą ludzie, którzy uznają, iż warto własne znaczenie wzmocnić mocą czerpaną z tej drugiej strony…

Popularity: 2% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS

Przyłapany

Czuję się przyłapany. Zwłaszcza, że częściowo sam się przyłapałem, choć nie bez czynnej pomocy, a może nawet inicjatywy ze strony komputera. Bo to komputer mi zasugerował, coś w rodzaju: “To już było”. I okazało się, że miał rację.

Chodzi o wczorajszy post. Okazało się, że niemal to samo co wczoraj, 1 września, napisałem rok temu, 2 września. Niemal identyczne refleksje wpisałem w związku z przypadającym na środę 22 tygodnia zwykłego w ciągu roku fragmentem Ewangelii według św. Łukasza. Nawet przykład z życia podałem ten sam!

Wnioski mogą być tylko dwa. Albo zostałem klasykiem, któremu nie pozostaje nic innego, jak cytować samego siebie… ;-) albo po prostu się “wyprztykałem”. Klasykiem nie jestem. Więc pozostaje tylko wniosek, że dotychczasowa formuła się wyczerpała. Dopóki nie nabędę nowego, głębszego i na nowo “odkrywczego” spojrzenia na teksty codziennych perykop ewangelijnych, muszę zrezygnować z ich komentowania. Tym ważniejsze to, że i tak raz w tygodniu będę musiał do jednego z mediów komentarz do Ewangelii przygotowywać. Więc trzeba unikać spłaszczającej wszystko rutyny.

Widać pora “stukać” w inny niż dotąd sposób. Najbliższy czas będzie więc na tym blogu czasem szukania. Szukania o czym i w jaki sposób. Szukania nowych treści i nowych form.

A swoja drogą, to bardzo głupie i nieprzyjemne uczucie, gdy człowiek odkrywa, że wpadł w pętlę i eksploatuje własne schematy myślowe… U wielkich artystów pewnie się to nazywa kryzysem twórczym. Dobrze więc nie być wielkim artystą. Można bezkarnie i bez zawstydzenia przyznać się, że wobec groźby jałowości opuszcza się dotychczasowy utarty tor i włazi na bezdroża, ryzykując liczne potknięcia, a może nawet upadki.

Jedno jest pewne. To nie Ewangelia utraciła swoją nowość i atrakcyjność. To jedynie mówiącemu o niej zabrakło (miejmy nadzieję, że chwilowo) pomysłów i sformułowań…

No to od jutra zaczynamy poszukiwania i wędrówki w nieznane…

Popularity: 2% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS
Category: Codziennie  One Comment