Archive for the Category »Mężczyzna «

Dwutorowość

Znicze płonące w Warszawie przed Pałacem Prezydenckim stoją karnie w równych prostokątach. Po ścieżkach między nimi raz po raz przemykają harcerze, już to dodając, już to usuwając kolejne przyniesione przez ludzi symbole ich żałoby, szacunku, współczucia i współuczestnictwa w tym tak drastycznym dokonywaniu się na naszych oczach wielkiej, podręcznikowej historii.

Nie od razu tak było. Przez wiele godzin znicze, świece i kwiaty kładzione były chaotycznie, bez żadnego uporządkowania. Nie było też żadnych barierek, a ludzie tłoczyli się w bezładzie tak bardzo, że gdy ktoś zemdlał, nie mogła się do niego przedostać karetka pogotowia.

Oglądam w CNN Polaków, którzy płynną angielszczyzną wyjaśniają dziennikarzowi, dlaczego stoją tak licznie na Krakowskim Przedmieściu. Po dziennikarzu widać, że jest pod ogromnym wrażeniem tego, co właśnie relacjonuje.

Nawet największa tragedia nie zatrzymuje biegu czasu. Ziemia nie przestaje się obracać dookoła swojej osi ani krążyć wokół słońca. Ludzie przystają na dłuższą lub krótszą chwilę, ale nadal muszą jeść, spać, pracować, odpoczywać. Smucić się, ale też się cieszyć. Przeżywać żałobę, ale też z nadzieją patrzeć w przyszłość.

Już we wtorek ktoś mi zwrócił uwagę, że prowadziłem przegląd prasy w radiu zbyt smutnym głosem. Zdałem sobie sprawę, że ilość łez jest ograniczona. A i ludzka wytrzymałość na silne emocje też ma swoje granice.

Nawet największa tragedia nie zatrzymuje biegu życia. Nawet po stracie najbliższej osoby nie można zamieszkać na cmentarzu. Trzeba po pogrzebie wrócić do domu, między żywych i razem z nimi żyć normalnie. Dokładnie tak. Normalnie. To nie znaczy żyć tak, jakby się nic nie stało. Przeżyty dramat, ból, cierpienie, trzeba włączyć w swoją codzienność. Potraktować jako naturalną część swojej egzystencji. Jako element drogi do zmartwychwstania.

Słyszałem kiedyś wielkie pretensje rodziny zmarłego człowieka do zarządcy cmentarza, że tydzień po pogrzebie usunął z nowego grobu zwiędłe wieńce i kwiaty oraz wypalone znicze. „Ja państwa rozumiem, ale porządek musi być” – odpowiedział zarządca. Znicze zapalane w tych dniach przed Pałacem Prezydenckim i w wielu innych miejscach w całej Polsce też trzeba będzie pozbierać, usunąć, wywieźć. Nie mogą tam pozostać na zawsze. I nie ma się co gorszyć, że z powodu ich ogromnej ilości być może do sprzątania zostanie użyty ciężki sprzęt.

Tekst wygłoszony na antenie Radia eM

Popularity: 5% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS

Stacja IX: Prawo serii

DROGA NA SZCZYT Rekolekcje wielkopostne dla…

Niektórzy mówią, że nieszczęścia nie chodzą parami, lecz stadami. Inni mówią, że w ich życiu działa prawo serii, jeśli chodzi o klęski i niepowodzenia. A jeszcze inni przekonują, że jeśli dzień im się źle zacznie, to tak już będzie do wieczora, a jeśli źle się zacznie tydzień, to siedem dni będzie do niczego i nie warto sobie nimi głowy zawracać.

„Dzisiaj od rana zadziałało prawo serii w przypadku telefonu. Znowu po miesiącach milczenia najpierw obudziła mnie jakaś baba z urzędu skarbowego na Krowodrzy, która miała sprawę do jakiegoś pana Iksińskiego. Już nie było mowy o spaniu. Zrobiłem wcześniej zakupy, obiecując sobie odespanie tej pobudki po obiedzie. Przy śniadaniu znowu odezwał się telefon, ale nikt się nie odzywał. Po godzinie terkot telefonu; znów jakaś pani chce tym razem rozmawiać z jakąś panią Krysią. To było prawo serii” – relacjonuje bogayan na swoim blogu.

„Dla naszego boksera była to najważniejsza walka od lat. Niestety, bardzo szybko się skończyła. Andrzej Gołota przegrał już w pierwszej rundzie. (…) Dzisiejsza walka toczyła się o pas USNBC federacji WBC. Wygrana miała otworzyć Gołocie drogę do walki o pas mistrzowski WBA z Nikołajem Wałujewem. Zamiast tego prawdopodobnie “Andrew” zakończy karierę. Zapowiadał, że jeśli przegra, to ostatecznie pożegna się z boksem. To siódma porażka w karierze polskiego boksera. W jego ringowym bilansie jest też 41 zwycięstw i remis” – pisał w 2008 roku dziennik.pl.

„Trzecia (nieudana) próba rozpoczęcia procesu w sprawie wycieku pytań na aplikację notarialną: – donosił jakiś czas temu Dziennik Łódzki.

Ludzie mówią: „Do trzech razy sztuka”. I jeśli trzy razy pod rząd się nie uda, rezygnują.

Pisząc w roku 2005 rozważania Drogi Krzyżowej odprawianej w Wielki Piątek w Koloseum kard. Joseph Ratzinger (dziś Benedykt XVI) napisał: „Panie, tak często Twój Kościół wydaje się nam tonącym okrętem, łodzią, która ze wszystkich stron nabiera wody. Także na Twoich łanach widzimy więcej kąkolu niż zboża. Przeraża nas brud szaty i oblicza Twego Kościoła. Ale to my sami go zbrukaliśmy! To właśnie my zdradzamy Cię za każdym razem, po wszystkich wielkich słowach i szumnych gestach. Zmiłuj się nad Twoim Kościołem: także w jego wnętrzu, Adam upada ciągle na nowo. Naszym upadkiem powalamy Cię na ziemię. A Szatan ze śmiechem szydzi, mając nadzieję, że nie dasz już rady podnieść się z tego upadku. Liczy, że powalony upadkiem Twego Kościoła, pozostaniesz na ziemi, pokonany. Ty jednak powstaniesz. Powstałeś, zmartwychwstałeś i możesz dźwignąć także nas. Zbawiaj i uświęcaj Twój Kościół. Zbawiaj i uświęcaj nas wszystkich”.

Jezus nie mówił: „Do trzech razy sztuka”. Nie zrezygnował po trzecim upadku. Wstał i poszedł na szczyt, aby umrzeć za nas na krzyżu. Dla naszego zbawienia.

Stacja X u Afroo

Do posłuchania: Nie bądź mi kamieniem

Popularity: 6% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS

Stacja I. Skazani

DROGA NA SZCZYT Rekolekcje wielkopostne dla…

I po co to wszystko? Jaki w tym wszystkim jest sens? Dokąd to wszystko zmierza? Jak długo można to wytrzymać? Wciąż to samo. Wciąż szukanie jakiegoś punktu zaczepienia. Jakiegoś punktu odbicia do dalszej egzystencji. Do dalszego trwania…

„Jak żyć, będąc brzydką? Tak się nie da, płaczę całe dnie, chcę się zabić, nie umiem żyć. Mam dużo znajomych, w klasie mnie lubią, jestem dość fajna, ale cała reszta mojej szkoły ocenia mnie tylko po wyglądzie, wyzywają mnie od najgorszych, mówią, że mam okropną mordę, a ja jestem kompletnie załamana… Nie jestem gruba, mam tylko okropną twarz. Nigdy nie miałam chłopaka i pewnie nie będę miała. Podobam się robotnikom na ulicy i starym dziadkom oraz pijakom, cudownie! Boję się każdego dnia iść do szkoły, chciałabym się zapaść pod ziemię, chciałabym żeby mnie nie było, chciałabym być niską i nie zwracać swoją osobą uwagi innych… Jak mam dalej żyć, jak nie zwracać uwagi na te głupie docinki, spojrzenia? Boję się wszystkiego, zaczynam bać się ludzi…” – napisała na jednym z forów caro009. Ktoś powie „Młoda, egzaltowana, nic jeszcze nie wie o życiu, przejdzie jej”. A jeżeli to Twoje dziecko? Może Twoja uczennica albo dziecko sąsiadów?

No to z innej beczki: „Mam trzydzieści cztery lata. Sześcioletniego synka. Za sobą początek kariery naukowej. I kilka lat małżeństwa nie do zapomnienia, wiarę w dobre związki i pełną głupiej nadziei młodość. Nie do odzyskania…” – wyznaje na łamach jednej z gazet K. „Kochałam cię przez całe moje dorosłe życie. Walczyłam o nas, o ciebie samego. Aż zrozumiałam, że z tej mojej walki czerpiesz siłę, by wciąż się oddalać. Jak film pamiętam moment, kiedy po odkrytej przeze mnie kolejnej zdradzie zacząłeś ciąć sobie nadgarstki. Żeby uniknąć odpowiedzialności. Nasz syn miał wtedy niespełna sześć miesięcy i spał w łóżeczku tuż obok. Nigdy nie byłam tak przerażona, jak tej nocy, gdy wyrywałam ci z ręki nóż do chleba. Do naszego codziennego chleba… Pamiętam, jak szantażowałeś mnie samobójstwem przy każdej nocnej sprzeczce i kłótni. Uciekałeś z domu na wiele nocnych godzin”.

Autentyk ze strony proponującej opisy na gg: „Nie chce mi się żyć!!! Komu będzie mnie brakowało??!! Odp.: NIKOMU!!”

I jeszcze kawałek wpisu blogowego „Z życia trzydziestolatka uwikłanego w życie rodzinne”: „Dawno nie pisałem, nawet nie wiem czy jeszcze potrafię czy znów swoimi słowami kogoś nie zasmucę, nie sprawię, że ktoś powie przeze mnie dość. Kiedy zacząłem pisać, to była dla mnie terapia. Nie miałem z kim pogadać więc pisałem, pisałem, pisałem. Uspokajało mnie to sprawiało, że dzień nie wydawał się takim złym, jakim był w rzeczywistoci. Teraz wiem, że czasem moje słowa były brane zbyt dosłownie, że robiłem krzywdę sobie i tym którzy to czytali. Może przesadzam, ale tak widzę to dzisiaj”.

W realu bywa jeszcze gorzej. Zmęczenie codziennością. Przytłoczenie nawet nie wielkimi problemami, ale ogromną liczbą drobnych kłopotów, problemów. Z sobą. Z tą drugą osobą albo z jej brakiem. Z dziećmi, które dalekie są od tych tak przecież wymarzonych. Z koniecznością załatwiania tysięcy spraw. Z durnowatym szefem, który zarzyna firmę i jeszcze dostaje za to nagrody. Z tempem życia…

Co jest nie tak z tym wszystkim? Dlaczego Pan Bóg nam to robi? Dlaczego matka nieuleczalnie chorego syna musi domagać się dla niego eutanazji, bo odkryła, że nie jest z żelaza? Czy naprawdę to wszystko musi być takie trudne i nieodwracalne?

Rysiek Riedel to przynajmniej był skazany tylko na blusa. A ja? Ja mam wyrok na życie! Czy może się zdarzyć coś gorszego?

Może.

O czym myślał Jezus, gdy z ust umywającego ręce Piłata słyszał wyrok śmierci przez ukrzyżowanie? Czy myślał o tym, że jest Bogiem, który stał się człowiekiem? Że mógł sobie tego wszystkiego oszczędzić? Że nie warto dla ludzi tego wszystkiego robić, bo oni tego i tak nie docenią?

„To życie minie jak zły sen,
Jak tragifarsa, komediodramat,
A gdy się zbudzę, westchnę cóż,
To wszystko było chyba zamiast.
Lecz póki co w zamęcie trwam,
Liczę na palcach lata szare
I tylko czasem przemknie myśl,
Przecież nie jestem tu za karę…” śpiewa Edyta Geppert w piosence „Zamiast”.

Przecież ja też nie jest tu za karę! Jestem tu z całkiem innego powodu! Bóg stworzył człowieka z miłości. Mnie też.

Posłuchaj


Dalszy ciąg tutaj

Popularity: 7% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS

Zadanie nie do przekazania

Rekolekcje adwentowe 2009 „Miłość 30+”

  

Najpierw czytaj u Afro

Nawet najwięksi wrogowie Kościoła na ogół nie mają problemu z akceptacją jednej ze stref jego aktywności – działań charytatywnych. Można odnieść wrażenie, że w niektórych miejscach na świecie Kościół praktycznie zamienił się w instytucje służącą do opieki nad chorymi, niepełnosprawnymi, umierającymi. Generalnie nad tymi wszystkimi, którzy dla ogółu społeczeństwa są niewygodnym ciężarem. Można odnieść wrażenie, że tu i ówdzie został „przymuszony” do tego, aby zastępować inne instytucje. Na przykład państwo.

Nie da się przecenić znaczenia czynionej przez Kościół caritas. To kościelna „wizytówka”. To jeden z wyjątkowo skutecznych sposobów na kształtowanie tego, co dzisiaj nazywamy „image”, wizerunkiem. Zdawali sobie z tego na przykład komuniści. Na przykład w Polsce zabrali Kościołowi instytucję zajmującą się działalnością charytatywną. Tak, tę o nazwie Caritas. Dopiero po przełomie roku 1989 mogła się odrodzić.

Misjonarz pracujący gdzieś daleko opowiadał: „To nie jest tak, że przychodzę do ludzi, którzy w życiu nie słyszeli o chrześcijaństwie i od razu mówię im, że Jezus przyszedł ich zbawić. Najpierw zaczynam z nimi żyć, pomagam im, prowadzę działalność charytatywną, okazuję miłość w zwykłym, codziennym życiu. A o Jezusie mówię im dopiero wtedy, gdy zaczynają pytać, dlaczego postępuję tak, a nie inaczej, czemu jestem dla nich dobry, nie walczę z nimi, daję im różne rzeczy, których naprawdę potrzebują, jestem z nimi, mimo że jest ciężko…”.

„Miłość bliźniego zakorzeniona w miłości Boga jest przede wszystkim powinnością każdego poszczególnego wierzącego, ale jest także zadaniem całej wspólnoty kościelnej, i to na każdym jej poziomie: od wspólnoty lokalnej, przez Kościół partykularny, aż po Kościół powszechny w jego wymiarze globalnym. Również Kościół jako wspólnota winien wprowadzać miłość w czyn” – napisał Benedykt XVI. Połowę swojej pierwszej encykliki poświęcił caritas, czyli posłudze miłości.

Na świecie jest mnóstwo instytucji dobroczynnych. Robią bardzo dużo dobrego. Pomagają czasami milionom ludzi. Organizują nie tylko ekskluzywne bale charytatywne, gdzie każdy może udowodnić, jak bardzo jest zatroskany o los tych, którym się w życiu mniej powiodło. Organizują też wielkie i małe zbiórki. Wysyłają ekspedycje ratunkowe i pomocowe do najtrudniejszych miejsc na świecie. Nie straszne im katastrofy, choroby, wojny.

Czym się różni chrześcijańska caritas od humanitarnej działalności WOŚP albo Lekarzy bez Granic?

„Cała działalność Kościoła jest wyrazem miłości, która pragnie całkowitego dobra człowieka: pragnie jego ewangelizacji przez Słowo i Sakramenty, co jest dziełem często heroicznym w jego historycznej realizacji; pragnie jego promocji w różnych wymiarach życia i ludzkiej aktywności. Miłość jest zatem służbą, którą Kościół pełni, aby nieustannie wychodzić naprzeciw cierpieniom i potrzebom, również materialnym, ludzi” – wyjaśnia Benedykt XVI. Caritas jest ściśle powiązana z głoszeniem Ewangelii i udzielaniem sakramentów. Z nich wynika. Nie da się jej od nich oddzielić. „Caritas nie jest dla Kościoła rodzajem opieki społecznej, którą można by powierzyć komu innemu, ale należy do jego natury, jest niezbywalnym wyrazem jego istoty”. Państwo może powierzyć Kościołowi wypełnianie swoich zadań w dziedzinie pomocy społecznej. Kościół swojej posługi miłości (diakonii) nie może przekazać do wypełnienia komukolwiek innemu. Nawet najbardziej profesjonalnej organizacji humanitarnej.

Popularity: 13% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS

Trzeba zabić tę miłość

Rekolekcje adwentowe 2009 „Miłość 30+”

  

Jan Himilsbach (ten sam, który zagrał fantastyczne role w „Rejsie”, „Wniebowziętych” i wielu innych), w filmie Janusza Morgensterna „Trzeba zabić tę miłość” zagrał stróża, który handluje kradzionymi z budowy materiałami. Przyplątuje się na pilnowaną przez Himilsbacha budowę bezpański pies. Najpierw jest nieufny, ale stróż wkłada wiele wysiłku w to, aby go obłaskawić i przywiązać do siebie. W końcu mu się udaje. No i zaczyna się problem. Pies stróża nadzwyczaj poważnie traktuje swoje obowiązki. Szczeka na widok obcych, a to poważnie utrudnia sprzedawanie paserom kradzionych materiałów. Stróż usiłuje odgonić psa. Nic z tego. Zwierzę jest wierne. Za każdym razem wraca. Pozostaje tylko jedno. Stróż przywiązuje psa do drzewa, przymocowuje mu do boków kilka lasek trotylu, podpala lont i ucieka do pobliskiej szopy. Jednak pies zrywa sznur i biegnie za swym panem. Trotyl eksploduje…

Podczas spisywania tak zwanego protokołu przedmałżeńskiego księdzu udało się wytworzyć w kancelarii atmosferę luźnej, szczerej rozmowy. Ale nie przewidział, do czego to doprowadzi. Narzeczony nagle zapytał: „Ta formuła, którą się wypowiada podczas ślubu, musi być taka sama dla wszystkich czy można ją troszkę zmodyfikować?”. „A o co konkretnie chodzi?” „Bo tam jest, ‘nie opuszczę cię do śmierci’, a myśmy się z Gośką już dawno umówili, że jak nam przestanie bycie ze sobą pasować, to się bez żadnych awantur po prostu rozejdziemy, każdy w swoją stronę… Więc trochę głupio publicznie takie słowa wypowiadać, skoro umowa jest inna…, Ja wiem, że to tylko teatrzyk dla rodziny i znajomych, ale sam ksiądz rozumie…”. „Co rozumiem?” – zapytał kompletnie ogłupiały ksiądz. „No że miłość nie trwa wiecznie. Po jakimś czasie mija i przestaje być miło…”.

„Spośród wszystkich wymyślonych przez człowieka sposobów zadawania bólu sobie samemu najgorszym jest Miłość. Cierpimy zawsze dla kogoś, kto nas nie kocha, kto nas porzucił, dla kogoś, kto nie chce nas opuścić. Żyjemy samotnie, jeśli nikt nas nie kocha: mając żonę lub męża, czynimy z małżeństwa niewolę” – to cytat z książki „Pielgrzym” Paulo Coelho. Jeden z najczęściej przywoływanych przez zafascynowanych twórczością Coelho czytelników. Czy dlatego, że dokładnie tak pojmują miłość? Jako cierpienie, odrzucenie, a właściwie, jako niewolę? A przede wszystkim jako coś wymyślonego przez ludzi?

„Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3,16). Bóg traktuje miłość do człowieka absolutnie serio i bezwarunkowo. Oczekuje na nią odpowiedzi, ale nie przestaje kochać, gdy człowiek Jego Miłości mówi „nie”. Bożej Miłości nie da się unicestwić. Można ją odrzucać. Można ją krzyżować. Można jej zaprzeczać. Podważać jej sens i istnienie. Twierdzić, że mnie ona nie dotyczy i nie obejmuje. Ale nie można jej definitywnie zabić. Boża Miłość zawsze zmartwychwstaje. Po to, aby i człowiek zmartwychwstał. Do życia. Do Miłości.

Popularity: 14% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS

Na co nam te święta?

Rekolekcje adwentowe 2009 „Miłość 30+”

  

Lubimy kolędy? Na ogół lubimy. Dawniej lubiliśmy wspólnie śpiewać, teraz coraz częściej ograniczamy lubienie kolęd do ich słuchania, ale zasadniczo lubimy. No to zajrzyjmy do spisu. Na przykład pod literę „B”: „Bóg się rodzi, pokój niesie”, „Bóg się narodził”, „Bóg się narodził nam”, „Bóg się rodzi, gwiazda wschodzi”, „Bóg się rodzi, moc truchleje”, „Bóg się z Panny narodził”. Chwila. Jak to „narodził”? Katechizm Kościoła Katolickiego mówi wyraźnie: „Nasze wyznanie wiary zaczyna się od Boga, ponieważ Bóg jest “pierwszy i ostatni” (Iz 44, 6); jest Początkiem i Końcem wszystkiego”. I zaraz przypomina ustalenia Soboru Laterańskiego IV (z roku 1215): „Całą mocą wierzymy i bez zastrzeżenia wyznajemy, że jeden tylko jest prawdziwy Bóg, wieczny, nieskończony, niezmienny, niepojęty, wszechmocny i niewymowny, Ojciec i Syn, i Duch Święty: trzy Osoby, ale jedna istota, jedna substancja, czyli natura, całkowicie prosta”.

Aż się prosi, żeby jeszcze dołączyć do tego spisu takie określenia, jak „daleki, obcy, obojętny, niewrażliwy, nieczuły…”. Tak to przecież wygląda dzisiaj z perspektywy niejednego człowieka. Wcale nie takiego, który mówi, że nie wierzy. Także z perspektywy niejednego człowieka, który w sondażu deklaruje się jako katolik.

„Błagam, tylko niech ksiądz znowu nie mówi, że spotkał Boga, bo padnę krzyżem na posadzkę” – prosił przed szkolnymi rekolekcjami jeden z licealistów. „Jak słyszę, że ktoś spotkał na swojej drodze Jezusa i to zmieniło jego życie, to zaraz mam ochotę zapytać, czy wierzy w duchy”. „A co, boisz się, że też Go spotkasz?” – odpowiedział ksiądz, nie zdając sobie sprawy z rzeczywistej treści tego pytania.

W ulubionej pastorałce Jana Pawła II „Oj maluśki, maluśki” są zdumiewające pytania:

„Cy nie lepiej by Tobie, by Tobie siedzieć było w niebie?
Wsak Twój Tatuś kochany, kochany nie wyganiał Ciebie…

Co się więc takiego, takiego Tobie, Panie stało,
Zeć się na ten kiepski świat, kiepski świat przychodzić zachciało?”.

No właśnie, dlaczego Boży Syn stał się człowiekiem? Czym się kierował? Jaką miał motywację?

„Boże działanie przybiera teraz dramatyczną formę poprzez fakt, że w Jezusie Chrystusie sam Bóg poszukuje „zaginionej owcy”, ludzkości cierpiącej i zagubionej” – napisał Benedykt XVI w swojej pierwszej encyklice. A wcześniej doszedł do wniosku, że  „Już w Starym Testamencie nowość biblijna nie polega po prostu na abstrakcyjnych pojęciach, lecz nieprzewidywalnym i w pewnym sensie niebywałym działaniu Boga”.

Wcielenie. Trudne słowo. Rzadko dziś używane. W przenośnym znaczeniu zastąpione przez „wdrożenie”. Kościół nazywa „Wcieleniem” fakt, że Syn Boży przyjął naturę ludzką, by dokonać w niej naszego zbawienia.

Jest tylko jeden powód, dla którego Bóg mógł zrobić coś tak nieprzewidywalnego i niebywałego. Bóg jest Miłością. Miłością, która pozwala się spotkać.

„Jezus Chrystus – wcielona miłość Boga” – zatytułował Benedykt XVI jeden z rozdziałów swojej encykliki „Deus Caritas est” (Bóg jest Miłością). Pięć słów. Jedyne sensowne uzasadnienie świąt Bożego Narodzenia. Bez nich naprawdę nie ma powodu, aby je obchodzić. Lepiej w tym czasie jechać z rodziną na narty. Albo do Maroka.

Ciąg dalszy u Afro

Popularity: 13% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS