Archive for the Category »Rodzina «

Maruda

Pewnie wyjdę na marudę. Na takiego, co się czepia. Ale naprawdę mam bardzo, bardzo poważne wątpliwości, czy koniecznie trzeba poświęcać połowę niedzielnego niespełna godzinnego “katolickiego” okienka w publicznej telewizji na międlenie tematu EuroPride? Czy niedzielne południe to rzeczywiście idealny czas, aby telewidzów zainteresowanych sprawami religii i Kościoła, po raz kolejny zmuszać do wysłuchania tych samych monologów, wygłaszanych przez polityków i działaczy, które i tak musieli wysłuchać w programach informacyjnych i publicystycznych o innych porach w najrozmaitszych stacjach? Przecież i tak nikt tu nikogo nie “nawróci”, bo żaden z zaproszonych do studia gości nawet nie udaje, że jest zainteresowany uważnym wysłuchaniem zdań odmiennych niż jego własne… Odnoszę wrażenie, że polscy katolicy mają podczas tegorocznych letnich miesięcy inne sprawy na głowie…

A skoro już wyrażam mój lekki zawód, to jeszcze jedna sprawa. Była dzisiaj w tym programie w TVP1 wzmianka o rocznicy Grunwaldu. Próżno jednak wypatrywałem choćby migaweczki, choćby zdanka o odprawionej tam Mszy św. w dawnym rycie. A przecież była znakomita okazja, aby pokazać polskim katolikom w atrakcyjnej formie trochę historii liturgii…

Ciekawe, że dwa świeckie portale w niedzielę wyciągnęły na główną stronę ten sam artykuł z “Niedzieli” na temat sekt i ich wakacyjnej aktywności. Przypadek? Czy po prostu lepsze wyczucie tematów, z którymi warto dzisiaj, w połowie lipca, wyjść do ludzi?

Popularity: 4% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS

Dwutorowość

Znicze płonące w Warszawie przed Pałacem Prezydenckim stoją karnie w równych prostokątach. Po ścieżkach między nimi raz po raz przemykają harcerze, już to dodając, już to usuwając kolejne przyniesione przez ludzi symbole ich żałoby, szacunku, współczucia i współuczestnictwa w tym tak drastycznym dokonywaniu się na naszych oczach wielkiej, podręcznikowej historii.

Nie od razu tak było. Przez wiele godzin znicze, świece i kwiaty kładzione były chaotycznie, bez żadnego uporządkowania. Nie było też żadnych barierek, a ludzie tłoczyli się w bezładzie tak bardzo, że gdy ktoś zemdlał, nie mogła się do niego przedostać karetka pogotowia.

Oglądam w CNN Polaków, którzy płynną angielszczyzną wyjaśniają dziennikarzowi, dlaczego stoją tak licznie na Krakowskim Przedmieściu. Po dziennikarzu widać, że jest pod ogromnym wrażeniem tego, co właśnie relacjonuje.

Nawet największa tragedia nie zatrzymuje biegu czasu. Ziemia nie przestaje się obracać dookoła swojej osi ani krążyć wokół słońca. Ludzie przystają na dłuższą lub krótszą chwilę, ale nadal muszą jeść, spać, pracować, odpoczywać. Smucić się, ale też się cieszyć. Przeżywać żałobę, ale też z nadzieją patrzeć w przyszłość.

Już we wtorek ktoś mi zwrócił uwagę, że prowadziłem przegląd prasy w radiu zbyt smutnym głosem. Zdałem sobie sprawę, że ilość łez jest ograniczona. A i ludzka wytrzymałość na silne emocje też ma swoje granice.

Nawet największa tragedia nie zatrzymuje biegu życia. Nawet po stracie najbliższej osoby nie można zamieszkać na cmentarzu. Trzeba po pogrzebie wrócić do domu, między żywych i razem z nimi żyć normalnie. Dokładnie tak. Normalnie. To nie znaczy żyć tak, jakby się nic nie stało. Przeżyty dramat, ból, cierpienie, trzeba włączyć w swoją codzienność. Potraktować jako naturalną część swojej egzystencji. Jako element drogi do zmartwychwstania.

Słyszałem kiedyś wielkie pretensje rodziny zmarłego człowieka do zarządcy cmentarza, że tydzień po pogrzebie usunął z nowego grobu zwiędłe wieńce i kwiaty oraz wypalone znicze. „Ja państwa rozumiem, ale porządek musi być” – odpowiedział zarządca. Znicze zapalane w tych dniach przed Pałacem Prezydenckim i w wielu innych miejscach w całej Polsce też trzeba będzie pozbierać, usunąć, wywieźć. Nie mogą tam pozostać na zawsze. I nie ma się co gorszyć, że z powodu ich ogromnej ilości być może do sprzątania zostanie użyty ciężki sprzęt.

Tekst wygłoszony na antenie Radia eM

Popularity: 5% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS

Zadanie nie do przekazania

Rekolekcje adwentowe 2009 „Miłość 30+”

  

Najpierw czytaj u Afro

Nawet najwięksi wrogowie Kościoła na ogół nie mają problemu z akceptacją jednej ze stref jego aktywności – działań charytatywnych. Można odnieść wrażenie, że w niektórych miejscach na świecie Kościół praktycznie zamienił się w instytucje służącą do opieki nad chorymi, niepełnosprawnymi, umierającymi. Generalnie nad tymi wszystkimi, którzy dla ogółu społeczeństwa są niewygodnym ciężarem. Można odnieść wrażenie, że tu i ówdzie został „przymuszony” do tego, aby zastępować inne instytucje. Na przykład państwo.

Nie da się przecenić znaczenia czynionej przez Kościół caritas. To kościelna „wizytówka”. To jeden z wyjątkowo skutecznych sposobów na kształtowanie tego, co dzisiaj nazywamy „image”, wizerunkiem. Zdawali sobie z tego na przykład komuniści. Na przykład w Polsce zabrali Kościołowi instytucję zajmującą się działalnością charytatywną. Tak, tę o nazwie Caritas. Dopiero po przełomie roku 1989 mogła się odrodzić.

Misjonarz pracujący gdzieś daleko opowiadał: „To nie jest tak, że przychodzę do ludzi, którzy w życiu nie słyszeli o chrześcijaństwie i od razu mówię im, że Jezus przyszedł ich zbawić. Najpierw zaczynam z nimi żyć, pomagam im, prowadzę działalność charytatywną, okazuję miłość w zwykłym, codziennym życiu. A o Jezusie mówię im dopiero wtedy, gdy zaczynają pytać, dlaczego postępuję tak, a nie inaczej, czemu jestem dla nich dobry, nie walczę z nimi, daję im różne rzeczy, których naprawdę potrzebują, jestem z nimi, mimo że jest ciężko…”.

„Miłość bliźniego zakorzeniona w miłości Boga jest przede wszystkim powinnością każdego poszczególnego wierzącego, ale jest także zadaniem całej wspólnoty kościelnej, i to na każdym jej poziomie: od wspólnoty lokalnej, przez Kościół partykularny, aż po Kościół powszechny w jego wymiarze globalnym. Również Kościół jako wspólnota winien wprowadzać miłość w czyn” – napisał Benedykt XVI. Połowę swojej pierwszej encykliki poświęcił caritas, czyli posłudze miłości.

Na świecie jest mnóstwo instytucji dobroczynnych. Robią bardzo dużo dobrego. Pomagają czasami milionom ludzi. Organizują nie tylko ekskluzywne bale charytatywne, gdzie każdy może udowodnić, jak bardzo jest zatroskany o los tych, którym się w życiu mniej powiodło. Organizują też wielkie i małe zbiórki. Wysyłają ekspedycje ratunkowe i pomocowe do najtrudniejszych miejsc na świecie. Nie straszne im katastrofy, choroby, wojny.

Czym się różni chrześcijańska caritas od humanitarnej działalności WOŚP albo Lekarzy bez Granic?

„Cała działalność Kościoła jest wyrazem miłości, która pragnie całkowitego dobra człowieka: pragnie jego ewangelizacji przez Słowo i Sakramenty, co jest dziełem często heroicznym w jego historycznej realizacji; pragnie jego promocji w różnych wymiarach życia i ludzkiej aktywności. Miłość jest zatem służbą, którą Kościół pełni, aby nieustannie wychodzić naprzeciw cierpieniom i potrzebom, również materialnym, ludzi” – wyjaśnia Benedykt XVI. Caritas jest ściśle powiązana z głoszeniem Ewangelii i udzielaniem sakramentów. Z nich wynika. Nie da się jej od nich oddzielić. „Caritas nie jest dla Kościoła rodzajem opieki społecznej, którą można by powierzyć komu innemu, ale należy do jego natury, jest niezbywalnym wyrazem jego istoty”. Państwo może powierzyć Kościołowi wypełnianie swoich zadań w dziedzinie pomocy społecznej. Kościół swojej posługi miłości (diakonii) nie może przekazać do wypełnienia komukolwiek innemu. Nawet najbardziej profesjonalnej organizacji humanitarnej.

Popularity: 13% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS

Trzeba zabić tę miłość

Rekolekcje adwentowe 2009 „Miłość 30+”

  

Jan Himilsbach (ten sam, który zagrał fantastyczne role w „Rejsie”, „Wniebowziętych” i wielu innych), w filmie Janusza Morgensterna „Trzeba zabić tę miłość” zagrał stróża, który handluje kradzionymi z budowy materiałami. Przyplątuje się na pilnowaną przez Himilsbacha budowę bezpański pies. Najpierw jest nieufny, ale stróż wkłada wiele wysiłku w to, aby go obłaskawić i przywiązać do siebie. W końcu mu się udaje. No i zaczyna się problem. Pies stróża nadzwyczaj poważnie traktuje swoje obowiązki. Szczeka na widok obcych, a to poważnie utrudnia sprzedawanie paserom kradzionych materiałów. Stróż usiłuje odgonić psa. Nic z tego. Zwierzę jest wierne. Za każdym razem wraca. Pozostaje tylko jedno. Stróż przywiązuje psa do drzewa, przymocowuje mu do boków kilka lasek trotylu, podpala lont i ucieka do pobliskiej szopy. Jednak pies zrywa sznur i biegnie za swym panem. Trotyl eksploduje…

Podczas spisywania tak zwanego protokołu przedmałżeńskiego księdzu udało się wytworzyć w kancelarii atmosferę luźnej, szczerej rozmowy. Ale nie przewidział, do czego to doprowadzi. Narzeczony nagle zapytał: „Ta formuła, którą się wypowiada podczas ślubu, musi być taka sama dla wszystkich czy można ją troszkę zmodyfikować?”. „A o co konkretnie chodzi?” „Bo tam jest, ‘nie opuszczę cię do śmierci’, a myśmy się z Gośką już dawno umówili, że jak nam przestanie bycie ze sobą pasować, to się bez żadnych awantur po prostu rozejdziemy, każdy w swoją stronę… Więc trochę głupio publicznie takie słowa wypowiadać, skoro umowa jest inna…, Ja wiem, że to tylko teatrzyk dla rodziny i znajomych, ale sam ksiądz rozumie…”. „Co rozumiem?” – zapytał kompletnie ogłupiały ksiądz. „No że miłość nie trwa wiecznie. Po jakimś czasie mija i przestaje być miło…”.

„Spośród wszystkich wymyślonych przez człowieka sposobów zadawania bólu sobie samemu najgorszym jest Miłość. Cierpimy zawsze dla kogoś, kto nas nie kocha, kto nas porzucił, dla kogoś, kto nie chce nas opuścić. Żyjemy samotnie, jeśli nikt nas nie kocha: mając żonę lub męża, czynimy z małżeństwa niewolę” – to cytat z książki „Pielgrzym” Paulo Coelho. Jeden z najczęściej przywoływanych przez zafascynowanych twórczością Coelho czytelników. Czy dlatego, że dokładnie tak pojmują miłość? Jako cierpienie, odrzucenie, a właściwie, jako niewolę? A przede wszystkim jako coś wymyślonego przez ludzi?

„Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3,16). Bóg traktuje miłość do człowieka absolutnie serio i bezwarunkowo. Oczekuje na nią odpowiedzi, ale nie przestaje kochać, gdy człowiek Jego Miłości mówi „nie”. Bożej Miłości nie da się unicestwić. Można ją odrzucać. Można ją krzyżować. Można jej zaprzeczać. Podważać jej sens i istnienie. Twierdzić, że mnie ona nie dotyczy i nie obejmuje. Ale nie można jej definitywnie zabić. Boża Miłość zawsze zmartwychwstaje. Po to, aby i człowiek zmartwychwstał. Do życia. Do Miłości.

Popularity: 14% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS

Na co nam te święta?

Rekolekcje adwentowe 2009 „Miłość 30+”

  

Lubimy kolędy? Na ogół lubimy. Dawniej lubiliśmy wspólnie śpiewać, teraz coraz częściej ograniczamy lubienie kolęd do ich słuchania, ale zasadniczo lubimy. No to zajrzyjmy do spisu. Na przykład pod literę „B”: „Bóg się rodzi, pokój niesie”, „Bóg się narodził”, „Bóg się narodził nam”, „Bóg się rodzi, gwiazda wschodzi”, „Bóg się rodzi, moc truchleje”, „Bóg się z Panny narodził”. Chwila. Jak to „narodził”? Katechizm Kościoła Katolickiego mówi wyraźnie: „Nasze wyznanie wiary zaczyna się od Boga, ponieważ Bóg jest “pierwszy i ostatni” (Iz 44, 6); jest Początkiem i Końcem wszystkiego”. I zaraz przypomina ustalenia Soboru Laterańskiego IV (z roku 1215): „Całą mocą wierzymy i bez zastrzeżenia wyznajemy, że jeden tylko jest prawdziwy Bóg, wieczny, nieskończony, niezmienny, niepojęty, wszechmocny i niewymowny, Ojciec i Syn, i Duch Święty: trzy Osoby, ale jedna istota, jedna substancja, czyli natura, całkowicie prosta”.

Aż się prosi, żeby jeszcze dołączyć do tego spisu takie określenia, jak „daleki, obcy, obojętny, niewrażliwy, nieczuły…”. Tak to przecież wygląda dzisiaj z perspektywy niejednego człowieka. Wcale nie takiego, który mówi, że nie wierzy. Także z perspektywy niejednego człowieka, który w sondażu deklaruje się jako katolik.

„Błagam, tylko niech ksiądz znowu nie mówi, że spotkał Boga, bo padnę krzyżem na posadzkę” – prosił przed szkolnymi rekolekcjami jeden z licealistów. „Jak słyszę, że ktoś spotkał na swojej drodze Jezusa i to zmieniło jego życie, to zaraz mam ochotę zapytać, czy wierzy w duchy”. „A co, boisz się, że też Go spotkasz?” – odpowiedział ksiądz, nie zdając sobie sprawy z rzeczywistej treści tego pytania.

W ulubionej pastorałce Jana Pawła II „Oj maluśki, maluśki” są zdumiewające pytania:

„Cy nie lepiej by Tobie, by Tobie siedzieć było w niebie?
Wsak Twój Tatuś kochany, kochany nie wyganiał Ciebie…

Co się więc takiego, takiego Tobie, Panie stało,
Zeć się na ten kiepski świat, kiepski świat przychodzić zachciało?”.

No właśnie, dlaczego Boży Syn stał się człowiekiem? Czym się kierował? Jaką miał motywację?

„Boże działanie przybiera teraz dramatyczną formę poprzez fakt, że w Jezusie Chrystusie sam Bóg poszukuje „zaginionej owcy”, ludzkości cierpiącej i zagubionej” – napisał Benedykt XVI w swojej pierwszej encyklice. A wcześniej doszedł do wniosku, że  „Już w Starym Testamencie nowość biblijna nie polega po prostu na abstrakcyjnych pojęciach, lecz nieprzewidywalnym i w pewnym sensie niebywałym działaniu Boga”.

Wcielenie. Trudne słowo. Rzadko dziś używane. W przenośnym znaczeniu zastąpione przez „wdrożenie”. Kościół nazywa „Wcieleniem” fakt, że Syn Boży przyjął naturę ludzką, by dokonać w niej naszego zbawienia.

Jest tylko jeden powód, dla którego Bóg mógł zrobić coś tak nieprzewidywalnego i niebywałego. Bóg jest Miłością. Miłością, która pozwala się spotkać.

„Jezus Chrystus – wcielona miłość Boga” – zatytułował Benedykt XVI jeden z rozdziałów swojej encykliki „Deus Caritas est” (Bóg jest Miłością). Pięć słów. Jedyne sensowne uzasadnienie świąt Bożego Narodzenia. Bez nich naprawdę nie ma powodu, aby je obchodzić. Lepiej w tym czasie jechać z rodziną na narty. Albo do Maroka.

Ciąg dalszy u Afro

Popularity: 13% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS

Ile można czekać na miłość?

Rekolekcje adwentowe 2009 „Miłość 30+”

Cytat z forum dla kobiet „aktywnych i wyjątkowych”, temat „30 lat mija, a ja wciąż niczyja”: „Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale zawsze jak poznaję jakiegoś faceta to i tak po kilku miesiącach zostaję sama, albo dzieciaty, żonaty, albo skur…., sexoholik dbający tylko o swoje potrzeby itd.. Mam dość, ileż można się męczyć i szukać”. I pierwsza odpowiedź na ten post: „Co z tego że masz 30 lat i ciągle z nikim nie jesteś. Jak mówi przysłowie “każda zmora znajdzie swojego adoratora” i na Ciebie też przyjdzie czas… Jestem pewna że kiedyś spotkasz tego jedynego, a może jest tuż obok tylko go nie widzisz…”.

Facet przy czwartym piwie do kumpla: „Powiedz, jak ja mam dalej żyć? Kawał czasu spędziłem z kobietą, która mi nagle mówi, że mnie nie kocha, że mnie nigdy nie kochała… I jeszcze nastawiła przeciwko mnie dzieci… One mnie nawet nie nienawidzą. Jestem im obojętny… Bylebym kasę dawał”.

Gimnazjalista, odratowany po próbie samobójczej, do pielęgniarki w szpitalu: „Po co mnie uratowaliście? Znów to zrobię. Nie chce dalej żyć, skoro mnie nie kochają właśni rodzice. Nie mają dla mnie czasu, tylko praca, znajomi, kariera…”.

Miliony ludzi czekających na miłość. Miliony ludzi gotowych przyjąć miłość i na nią odpowiedzieć miłością. Miliony ludzi przekonanych, że nikt ich nie kocha. Miliony ludzi nieszczęśliwych. „Tylko miłość czyni nas szczęśliwymi, bo żyjemy, by kochać i być kochani”. Piękne i głęboko ludzkie zdanie. Takie humanistyczne. Takie na dzisiejsze czasy. Który mędrzec, filozof albo poeta je wypowiedział? Na pewno Benedykt XVI? Papież? 25 listopada 2009 r. w czasie audiencji generalnej? Podali to na Onecie?

Każdy chce spotkać swoją wielką miłość. Tak jesteśmy „zaprogramowani”. Jesteśmy stworzeni do miłości. Jesteśmy stworzeni z miłości.

Między ludźmi to bywa bardzo poważny problem – kto pierwszy zdecyduje się powiedzieć „Kocham cię”. To o wiele trudniej wyznać, niż odpowiedzieć „Ja ciebie też”. Ludzie latami czekają, aż ktoś im powie, że ich kocha. Nie tylko ten pierwszy raz. Oczekują przypominania, potwierdzania miłości. Czekanie na takie ponowne spotkanie miłości bywa czasami gorsze niż czekanie na to pierwsze „kocham cię”.

To żadna sztuka powiedzieć „Bóg jest Miłością”. O wiele trudniej przyznać przed samym sobą, ze tak jest. Przyznać, że jest Miłością dla mnie. Nie poddać się myśli, że gdyby naprawdę był Miłością, wszyscy dokoła by mnie kochali. „Jakże zmieniłby się świat, gdyby w rodzinach, parafiach i w każdej innej wspólnocie stosunki wzorowane były zawsze na przykładzie trzech Osób boskich, z których każda żyje nie tylko z inną, ale dla innej i w innej!” – powiedział Benedykt XVI. Tego już nie podali na Onecie.

Bóg mi ułatwia zadanie. Nie czeka, aż przyjdę i wyznam „Kocham Cię”. Jako pierwszy wyznaje mi miłość. Powtarza to wyznanie. Wystarcza Mu moje „Ja Ciebie też”. Więc dlaczego tak rzadko je ode mnie dostaje? Jeśli naprawdę czekam na spotkanie z Miłością, to czemu unikam randek?

Popularity: 14% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS