Tag-Archive for » miłosierdzie Boże «

Do ukarania

3. Niedziela Wielkiego Postu C

„Dziękujemy, my już jesteśmy nawróceni” – usłyszał niedawno młody ksiądz, gdy chciał wejść do szpitalnej sali, aby zaproponować spowiedź. Ale nie stracił rezonu. „Czyli macie problem z głowy i nie musicie się już więcej nawracać?” – zapytał, stojąc w progu. „Nooo,  zasadniczo tak” – dość pewnie odpowiedział jeden z chorych. „A to świetnie, bo słyszałem od lekarzy, że w najbliższym tygodniu wszyscy traficie na stół operacyjny. A jak zapewne wiecie, najlepszy chirurg tego szpitala pojechał na dwa tygodnie na narty”. W sali zrobiło się cicho. W końcu jeden z chorych odezwał się cicho: „Wie ksiądz, myśmy tylko tak żartowali… Ja bym się chętnie wyspowiadał przed operacją…”.

Słowa „nawrócenie, nawrócić się” są w Kościele odmieniane przez wszystkie możliwe przypadki. A już w Wielki Poście to bez przerwy. Nawet mniej więcej wiadomo, że nawrócenie, to ma być jakaś zasadnicza zmiana nastawienia człowieka, odwrócenie się od zła, a zwrócenie się ku Bogu. Ale ile razy w życiu trzeba to robić?

Według jednego ze słowników nawrócenie oznacza przyjęcie jakiejś religii, innego wyznania. Słownik jako przykład podaje „nawrócić się na chrześcijaństwo, nawrócić się na islam”. Ale inny słownik twierdzi, że nawrócenie jest procesem podjęcia świadomej decyzji zerwania z grzechem i zwrócenia się do Boga oraz zawierzenia Jego miłości. Dokonuje się ono we wnętrzu człowieka (Leksykon duchowości katolickiej). A więc jednorazowy akt, czy długotrwały proces? Bo jeśli jednorazowy akt, to zasadniczo nie za bardzo większości z nas dotyczy. Mało kto z nas chce zmieniać swoją religię. Niejedna i niejeden z nas przyzwyczaił się do niej, jakoś dopasował ją do swego życia i nauczył się w taki sposób żyć, żeby przy jak najmniejszym wysiłku wyznawana religia nie komplikowała mu życia, ale też, żeby nie wchodzić z jej zasadami w jakiś wyrazisty konflikt. Ot, wypełniać pewne minimum. Po to, aby móc w miarę spokojnie powiedzieć „Jestem katolikiem”. Po to, aby mieć poczucie jakiejś stabilizacji. Aby móc, wcale nie w żartach, patrzeć na innych i myśleć o sobie „Przy nich to wcale nie jestem takim strasznie grzesznym człowiekiem. Jestem całkiem w porządku wobec Boga i wobec Kościoła”. Więc dlaczego, a przede wszystkim po co mam się nawracać? Niech inni się nawracają.

Czytania trzeciej niedzieli Wielkiego Postu (rok C) mówią o nawróceniu. Naprawdę. Na przykład pierwsze czytanie, opowiadające o Mojżeszu i krzaku, który się nie spalał. Ono mówi o nawróceniu. O zmianie, która właśnie w tym momencie zaczyna się w życiu Mojżesza i w życiu całego Narodu Wybranego. Zmianie na lepsze. „Dosyć napatrzyłem się na udrękę ludu mego w Egipcie i nasłuchałem się narzekań jego na ciemięzców, znam więc jego uciemiężenie. Zstąpiłem, aby go wyrwać z ręki Egiptu i wyprowadzić z tej ziemi do ziemi żyznej i przestronnej, do ziemi, która opływa w mleko i miód” – powiedział Bóg. Prawdziwe nawrócenie jest zawsze zmianą na lepsze. Dzięki nawróceniu życie człowieka staje się lepsze. Dzięki nawróceniu życie z człowiekiem staje się lepsze.

Ale nie jest tak, że dokonuje się to raz, a dobrze. Święty Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian zwrócił uwagę, że Izraelici co prawda dali się Mojżeszowi wyprowadzić z Egiptu, co prawda przeprowadził ich przez Morze Czerwone, co można uznać za obmycie podobne do chrztu, ale nie potrafili zdecydowanie zerwać z wygodnym, niewolniczym życiem, jakie wiedli pod władzą faraonów. Nie dotarli do Ziemi Obiecanej. Ich nawrócenie okazało się chwilowe i nietrwałe. Wiele razy dawali do zrozumienia, że nie wiedzą po co i dlaczego mają tak radykalnie zmieniać swoje życie z łatwiejszego na trudniejsze, z jako tako ustabilizowanego i względnie bezpiecznego, na pełne niewiadomych i niebezpieczeństw.

Dlaczego mamy się nawracać? Gdyby przeczytać dzisiaj tylko pierwszą część fragmentu Ewangelii według św. Łukasza, odpowiedź byłaby prosta. „Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”  – powiedział Jezus. Trzeba się nawrócić i zmienić swoje życie ze strachu. Z obawy przed karą. I to nie byle jaką karą, ale karą Bożą. Być może niektórzy jeszcze pamiętają „Sześć głównych prawd wiary”. Druga z nich brzmi: „Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze”. Są ludzie, są katolicy, chrześcijanie, którzy widzą w Bogu wyłącznie sędziego. A nawet więcej, skrupulatnego i nieprzychylnego człowiekowi urzędnika, skupionego na tropieniu jego grzechów, wpadek i niedociągnięć. Oni, gdy mówią o bojaźni Bożej, naprawdę mają w oczach strach. Oni wierzą głęboko w piekło przedstawiane w rozmaitych wizjach, jako miejsce przerażające, pełne bólu oraz fizycznego cierpienia i panicznie boją się, że tam trafią.

Nie należy lekceważyć kary Bożej. Kara jest konsekwencją zła. W dzisiejszej Ewangelii Jezus wyjaśnia jej sens. Nie należy za karę Bożą uważać automatycznie każdego nieszczęścia, jakie spotyka człowieka. Nie należy mówić z satysfakcją: „O, Pan Bóg go pokarał”, gdy wredny sąsiad złamie nogę na oblodzonym chodniku. To jest czynienie z Boga złośliwego staruszka, który podstawia sękaty kij człowiekowi, który mu podpadł. Bóg nie jest złośliwym staruszkiem o prawniczym umyśle, który na bieżąco wyrównującym swoje porachunki ze światem.

Druga z głównych prawd wiary nie straciła ważności ani aktualności. Jezus wielokrotnie przypominał, że na końcu czasów, gdy przyjdzie powtórnie, odbędzie się sąd. Sąd Ostateczny. Jezus bardzo plastycznie go zapowiadał. Z tego sądu jedni wyjdą z nagrodą, a drudzy wyjdą z karą.

Ale czy strach jest wystarczającą motywacją, by zdecydowanie zmienić całe swoje postępowanie? Aby zmienić radykalnie swój sposób podejścia do życia? Aby przestawić swoje myślenie? Niekoniecznie.

Kilka dni temu doświadczony kierowca, znający znakomicie polskie drogi, dawał wskazówki kumplowi, który wybierał się na drugi koniec kraju. „Wiesz, jaka jest zasada. Nie chodzi o to, aby jeździć zgodnie z przepisami, ale o to, aby nie dać się złapać” – mówił z głębokim przekonaniem. To jest właśnie postawa, którą rodzi opieranie się na strachu. Nie chodzi o to, aby postępować dobrze, tylko o to, aby nie dać się przyłapać na złym. Takie reguły wielu próbuje stosować nie tylko wobec drogówki, skarbówki i wszelkich innych służb kontrolnych. Próbują w ten sposób „pogrywać” z Panem Bogiem. A jeśli już „wpadną”, zachowują się jak niejeden kierowca złapany przez policję – starają się jakoś wykręcić od ponoszenia konsekwencji swego działania. W stosunku do policjanta odwołują się do litości albo starają się go przekupić. A wobec Boga? Odwołują się do Bożego miłosierdzia. Uważają, że Boże miłosierdzie oznacza ze strony Boga pobłażliwość dla zła, lekceważenie go. „Wobec szerzącego się dziś na gruncie relatywizmu obrazu Jezusa jako dobrodusznego Przyjaciela, który „przymyka oko” na ludzkie słabości i nie daje się sprowokować do karania, trzeba może przypominać o odpowiedzialności przed Bogiem za dokonywane wybory i czyny” – napisał kiedyś w „Przewodniku Katolickim” ks. Krzysztof Różański. „Słynne zdanie z Listu św. Jakuba: „Miłosierdzie odnosi triumf nad sądem” (Jk 2,13), nie przeczy istnieniu możliwości poniesienia odpowiedzialności za grzechy”.

Ks. Różański burzy pewien wygodny dla współczesnego człowieka mit na temat Bożego Miłosierdzia. „Gdy wczytamy się w notatki św. Faustyny Kowalskiej, zwanej z uwagi na swe mistyczne doświadczenia Sekretarką Bożego Miłosierdzia, nie znajdziemy w nich zaprzeczenia prawdzie o Bożym sądzie i ewentualnej karze. Wręcz przeciwnie, Jezus mówił do Świętej: „nim przyjdę jako Sędzia sprawiedliwy, przychodzę wpierw jako Król miłosierdzia” (Dzienniczek, I, 35)”. „Podobnie jak inni mistycy, także św. Faustyna miała wizję piekła, będącego ostateczną karą za popełnione zło. Szerzone przez nią apostolstwo miłosierdzia miało ratować ludzi przed piekłem poprzez nawrócenie z miłości do Boga, a nie ze strachu przed karą” – przypomniał ks. Różanski. Nic dodać, nic ująć.

Przypowieść o drzewie figowym i ogrodniku z drugiej części dzisiejszego fragmentu Ewangelii nie mówi o tym, że bezowocnej roślinie należy odpuścić i zostawić ją na zawsze swemu losowi. Nie. Drzewo dostaje kolejną szansę, ale trwającą do czasu. „Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć” – prosi ogrodnik. Na tym właśnie polega Boże Miłosierdzie. Bóg nie zaczął uznawać zła za dobro. Nie ignoruje grzechów. Nie mówi: „Niech każdy sobie żyje, jak chce, a i tak dostanie wieczną nagrodę, i tak będzie zbawiony”. Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze. Bóg jest Miłością. I nie ma tu żadnej sprzeczności.

Popularity: 3% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS

Nieufny i miłosierdzie

II Niedziela Wielkanocna, Święto Miłosierdzia Bożego (Dz 4,32-35; 1J 5,1-6; J 20,19-31)

- Zdradziłem żonę – rzucił jakby mimochodem pod koniec wyznania grzechów spowiadający się mężczyzna. Ksiądz w konfesjonale długo milczał. Wreszcie zapytał:
- Nie kochasz jej?
- Nie wiem – odparł niewierny mąż.
- Powiedziałeś jej o tym? – dociekał dalej duchowny.
- Zwariował ksiądz? – zdenerwował się mężczyzna po drugiej stronie kratki.
- Co będzie, gdy jednak się dowie? Ludzie mają długie języki – nie ustępował spowiednik.
Tym razem długa cisza zapadła po zewnętrznej stronie konfesjonału.
- Wtedy będę potrzebował jej miłosierdzia – wydusił wreszcie mężczyzna.

Cóż to jest owo miłosierdzie, do którego odwołał się niewierny małżonek? Często używamy tego słowa, ale czy je rozumiemy? Czy wiemy, o czym mówimy?

Najkrótsza definicja, jaką można znaleźć w słowniku brzmi „Dobroć i współczucie okazywane komuś”. „Miłosierdzie to aktywna forma współczucia, wyrażająca się w konkretnym działaniu, polegającym na bezinteresownej pomocy. Samo współczucie nie przekładające się na działanie miłosierdziem jeszcze nie jest. Termin ten wywodzi się z Biblii” – podaje Wikipedia. „Miłosierdzie jest jednym z najważniejszych przymiotów Boga, tak jak jest on opisywany w Biblii”.

Jan Paweł II w drugiej swojej encyklice przypomniał, że Bóg jest „Bogaty w miłosierdzie”. Ale nie on wymyślił to określenie. Napisał je dwa tysiące lat temu św. Paweł w Liście do Efezjan. Ks. Michał Kaszowski na swej stronie internetowej wyjaśnia: „Bóg nie jest samą sprawiedliwością. Jest On przede wszystkim Miłosierdziem”. Nie wszyscy to rozumieją i chętnie przyjmują. Niedawno pewien starszy wiekiem internauta, który sporą część swego pobytu na ziemi spędził zanim Papież-Polak napisał swoją drugą encyklikę, skarżył się głośno i szczerze: „Dawniej Bóg był sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za złe karze. Teraz wciąż słyszę, że Bóg jest miłosierny i że na tym mamy budować nasz katolicyzm. A co się stało z Bożą sprawiedliwością?”.

Ktoś mu odpisał: „Gdyby nie Boże Miłosierdzie, nie wymądrzałbyś się przy swojej klawiaturze. Wcale by cię nie było. Ani mnie. Pamiętasz, co się zdarzyło w raju? Już wtedy Bóg okazał swoje wielkie Miłosierdzie. Miłosierdzie Boże ujawniło się w tym, że postanowił uratować człowieka, który przez swoje nieposłuszeństwo, przez grzech, zasłużył na wieczną karę potępienia”. „To wypływające z Bożego miłosierdzia dzieło ratowania człowieka dokonało się i nadal realizuje się przez Jezusa Chrystusa i zesłanego nam Ducha Świętego” – pisze ks. Kaszowski.

Czytam „Dzienniczek” św. siostry Faustyny Kowalskiej. A tam kilka razy prośba Jezusa o ustanowienie Święta Miłosierdzia. Nie kiedykolwiek. Jest wyraźnie wskazany dzień w roku liturgicznym. Ma to być pierwsza niedziela po Wielkanocy. „A kapłani mają w dniu tym mówić duszom o tym wielkim i niezgłębionym miłosierdziu moim” – czytam w „Dzienniczku”. Siostra Faustyna zmarła w roku 1938. Święto Miłosierdzia ustanowił w całym Kościele katolickim Jan Paweł II w roku 2000. Ponad sześćdziesiąt lat trwało dojrzewanie Kościoła do ogłoszenia tego święta. A chyba nie byłoby nadużyciem powiedzenie, że to dojrzewanie trwało dwa tysiące lat.

Dlaczego właśnie ten dzień, dokładnie tydzień po największym święcie chrześcijańskim, wybrał Jezus na Święto Bożego Miłosierdzia? Tę niedzielę, którą w tradycji Kościoła nazywa się Białą, bo aż do niej chodzili w białych szatach ci, którzy przyjęli chrzest w czasie Wigilii Paschalnej. Tę niedzielę, którą tradycja Kościoła nazywa też „przewodnią”, bo kończy ona Oktawę Wielkanocną i wprowadza w okres wielkanocny.

Kolekta tej niedzieli brzmi następująco: „Boże zawsze miłosierny, Ty przez doroczną uroczystość wielkanocną umacniasz wiarę Twojego ludu, pomnóż łaskę, której udzieliłeś, abyśmy wszyscy głębiej pojęli, jak wielki jest chrzest, przez który zostaliśmy ochrzczeni, jak potężny jest Duch, przez którego zostaliśmy odrodzeni, i jak cenna jest Krew, przez którą zostaliśmy odkupieni”. Chrzest. Czy często myślimy o chrzcie, jako przejawie Bożego Miłosierdzia? A przecież w sakramencie chrztu człowiek doznaje przebaczenia grzechów! Łącznie z grzechem pierworodnym. Dorośli, którzy przyjmują chrzest w Kościele katolickim, mogą od razu przystąpić do pierwszej Komunii świętej.

Liturgia Kościoła katolickiego daje nam w II niedzielę wielkanocną opis życia pierwszych chrześcijan. „Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących” – czytamy we fragmencie z Dziejów Apostolskich. Piękny obraz. Obraz, który przypomina raj. Nikomu niczego nie brakowało, wszyscy się kochali, „wszyscy mieli wielką łaskę”.

Potem z pierwszego Listu św. Jana Apostoła właściwie wprowadzenie w główny temat tego, co za chwilę przyniesie fragment Ewangelii według św. Jana. A tu intrygująca opowieść o wielkiej wagi sprawach. Sprawach, dotykających nie tylko ich, wtedy, ale sięgających swymi konsekwencjami także w przyszłość. Także tę przyszłość, która jest naszą teraźniejszością.

Opisane wydarzenia obejmują osiem dni po Zmartwychwstaniu Jezusa. Najpierw coś zadziwiającego. Jezus Zmartwychwstały ukazał się uczniom i „tchnął na nich”. Znamy owo słowo „tchnął”. Skąd? Z Księgi Rodzaju. „Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą”. Tchnienie Boga daje życie.

Z tchnieniem Jezusa łączą się słowa: „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”. To ustanowienie sakramentu pokuty i pojednania. Sakramentu przebaczenia. Sakramentu Miłosierdzia Bożego. Ten sakrament, za każdym razem, gdy do niego szczerze przystępujemy, gdy poznajemy nasze winy, gdy za nie szczerze żałujemy, gdy szczerze postanawiamy poprawę, gdy je bez prób jakiegoś tłumaczenia się i usprawiedliwiania wyznajemy i postanawiamy za nie zadośćuczynić, daje nam nowe tchnienie życia. „Nigdy nie zapominajmy, że sakrament pojednania wychodzi z „przebitego boku” Jezusa na krzyżu, którego Tomasz chciał dotknąć, z rany, jaka zadajemy jego sercu” – przypominał ks. Noel Quesson, znany francuski kaznodzieja.

I wydawałoby się, że tyle wystarczy. Że już nie trzeba czytać dalej. Że wystarczy sam opis ustanowienia sakramentu Miłosierdzia Bożego. A jednak Kościół co roku przypomina wydarzenia, które działy się osiem dni później. Co roku przypomina niewiernego Tomasza, który nie chciał uwierzyć w opowieści o Zmartwychwstaniu Jezusa i domagał się dowodów. Co roku też, tydzień po świętach wielkanocnych słyszymy te słowa, których jesteśmy adresatami i których powinniśmy być bohaterami: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.

Dlaczego Tomasz zwany Didymos nie wierzył Apostołom i uczniom, mówiącym mu z entuzjazmem w oczach „Widzieliśmy Pana!”? Bo im nie ufał. Nie da się oddzielić wiary od zaufania. Wiara jest ufnością.

Zaczepił mnie kiedyś pewien człowiek: „Podczas spowiedzi nie widzę, jak Bóg okazuje mi miłosierdzie i przebacza mi moje grzechy. Widzę tylko księdza, który robi nade mną znak krzyża i mówi we własnym imieniu ‘Ja odpuszczam tobie grzechy’. Skąd mam mieć pewność, że Bóg mi je rzeczywiście odpuścił?”. „Musi pan zaufać” – odpowiedziałem. „Księdzu?” – zapytał. „Nie. Bogu”.

Aby uwierzyć w Boże Miłosierdzie, trzeba zaufać Bogu. Na każdym obrazie Jezusa Miłosiernego, jest napis: „Jezu, ufam Tobie”. W „Dzienniczku” s. Faustyny są takie słowa Jezusa: „O, jak bardzo mnie rani niedowierzanie duszy. Taka dusza wyznaje, że jestem Święty i Sprawiedliwy, a nie wierzy, że jestem Miłosierdziem; nie dowierza mojej dobroci. I szatani wielbią moją Sprawiedliwość, ale nie wierzą w Moją Dobroć. Moje serce raduje się tym tytułem Miłosierdzia. Powiedz, że miłosierdzie jest największym przymiotem Boga. Wszystkie dzieła Moich Rąk są ukoronowane Miłosierdziem”.

Jan Paweł II w swojej encyklice martwił się „Umysłowość współczesna, może bardziej niż człowiek przeszłości, zdaje się sprzeciwiać Bogu miłosierdzia, a także dąży do tego, ażeby samą ideę miłosierdzia odsunąć ma margines życia i odciąć od serca ludzkiego. Samo słowo i pojęcie „miłosierdzie” jakby przeszkadzało człowiekowi, który poprzez nieznany przedtem rozwój nauki i techniki bardziej niż kiedykolwiek w dziejach stał się panem i uczynił sobie ziemię poddaną (por. Rdz 1, 28). Owo „panowanie nad ziemią”, rozumiane nieraz jednostronnie i powierzchownie, jakby nie pozostawiało miejsca dla miłosierdzia”.

Święto Miłosierdzia jest nie tylko po to, aby przypominać ludziom, że Bóg jest zawsze miłosierny. Święto Miłosierdzia jest również po to, aby przypominać nam, ludziom, że Bożego Miłosierdzia pilnie potrzebujemy. I że korzystania z niego nie mogę traktować jak formalności, którą trzeba raz czy dwa razy do roku odfajkować. Bożego Miłosierdzia potrzebuję w każdej chwili mojego życia. Każdy go potrzebuje. Nieustannie. Dlatego nie mogę być niedowiarkiem. Muszę Bogu zaufać. Chociaż nie widzę, jak przebacza mi grzechy.

Popularity: 15% [?]

Podziel się na:
  • Wykop
  • Twitter
  • Facebook
  • Add to favorites
  • Digg
  • Google Buzz
  • Śledzik
  • Gadu-Gadu Live
  • del.icio.us
  • Google Bookmarks
  • Blogplay
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Gwar
  • Forumowisko
  • Grono.net
  • LinkedIn
  • MySpace
  • Wahacz
  • Yahoo! Bookmarks
  • Poleć
  • Reddit
  • Sfora
  • RSS