Niezbyt wielkie posty (18): Siedem

- No i po co dałeś temu debilowi mój adres mailowy?
- Słucham?
- No dałeś temu kretynowi namiary na mnie i mi przysyła jakieś idiotyczne tłumaczenia.
- A konkretnie o kim mowa?
- Jak to o kim? O M.!
- Faktycznie dałem mu twojego maila. Pamiętam, że cię o tym uprzedziłem.
- Co mi z twojego uprzedzenia? Na durne maile to nie pomaga. Ty wiesz, co on zrobił?
- Nie wiem.
- Siedem razy mi przysłał tego samego maila z przeprosinami.
- I co ty na to?
- Niech spada na drzewo. Wszystkie poszły do kosza.
- Czemu ty mu nie chce wybaczyć?
- Bo nie. Mam swoje powody i nie zamierzam się z nich nikomu tłumaczyć.
- Strasznie jesteś zawzięty. Może jednak się zastanowisz i dasz mu szansę?
- Nie da rady.
- Nawet jak ci przyśle tego maila siedemdziesiąt siedem razy?
- Wtedy to go na pewno zgłoszę jako spamera.

Popularity: 1% [?]

Niezbyt wielkie posty (17): Uznanie

- Ja się wezmę i wyprowadzę na Zachód.
- Nie zrobisz mi tego. Komu wtedy będę robił na złość?
- Ciebie akurat mógłbym wziąć z sobą.
- O, dzięki za uznanie. A czym ci cała reszta zawiniła?
- Głupotą i ślepotą!
- Rzekłbym zarzuty dość ogólnej natury. A bardziej szczegółowo? Zwłaszcza w temacie ślepoty?
- Człowiek tu dla nich żyły wypruwa, daje z siebie wszystko, a w zamian tylko pretensje i wieczne kręcenie nosem.
- A, dowartościować cię nie chcą, tak?
- Myślałem, że już się do tego przyzwyczaiłem, ale wystarczyło, że pojechałem na Zachód i okazało się, że tam, jak człowiek coś dobrze robi, potrafią zauważyć i docenić.
- Widzę, że wyjazd zagraniczny nie zrobił ci dobrze.
- Jak to nie? Nareszcie zrozumiałem, że moje wysiłki mają sens! Że to, co robię, ma rzeczywistą wartość i może budzić uznanie, a nawet podziw. Tutaj nigdy dobrego słowa nie usłyszałem, nie mówiąc o pochwałach i wdzięczności. A okazuje się, że jestem z moimi pomysłami w światowej czołówce.
- No i dlaczego się denerwujesz? Kto jak kto, ale ty powinieneś pamiętać, że „Żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie”. To zdaje się Jezus powiedział, co?
- No tak, ale… Zresztą, szkoda gadać.

Popularity: 1% [?]

Do ukarania

3. Niedziela Wielkiego Postu C

„Dziękujemy, my już jesteśmy nawróceni” – usłyszał niedawno młody ksiądz, gdy chciał wejść do szpitalnej sali, aby zaproponować spowiedź. Ale nie stracił rezonu. „Czyli macie problem z głowy i nie musicie się już więcej nawracać?” – zapytał, stojąc w progu. „Nooo,  zasadniczo tak” – dość pewnie odpowiedział jeden z chorych. „A to świetnie, bo słyszałem od lekarzy, że w najbliższym tygodniu wszyscy traficie na stół operacyjny. A jak zapewne wiecie, najlepszy chirurg tego szpitala pojechał na dwa tygodnie na narty”. W sali zrobiło się cicho. W końcu jeden z chorych odezwał się cicho: „Wie ksiądz, myśmy tylko tak żartowali… Ja bym się chętnie wyspowiadał przed operacją…”.

Słowa „nawrócenie, nawrócić się” są w Kościele odmieniane przez wszystkie możliwe przypadki. A już w Wielki Poście to bez przerwy. Nawet mniej więcej wiadomo, że nawrócenie, to ma być jakaś zasadnicza zmiana nastawienia człowieka, odwrócenie się od zła, a zwrócenie się ku Bogu. Ale ile razy w życiu trzeba to robić?

Według jednego ze słowników nawrócenie oznacza przyjęcie jakiejś religii, innego wyznania. Słownik jako przykład podaje „nawrócić się na chrześcijaństwo, nawrócić się na islam”. Ale inny słownik twierdzi, że nawrócenie jest procesem podjęcia świadomej decyzji zerwania z grzechem i zwrócenia się do Boga oraz zawierzenia Jego miłości. Dokonuje się ono we wnętrzu człowieka (Leksykon duchowości katolickiej). A więc jednorazowy akt, czy długotrwały proces? Bo jeśli jednorazowy akt, to zasadniczo nie za bardzo większości z nas dotyczy. Mało kto z nas chce zmieniać swoją religię. Niejedna i niejeden z nas przyzwyczaił się do niej, jakoś dopasował ją do swego życia i nauczył się w taki sposób żyć, żeby przy jak najmniejszym wysiłku wyznawana religia nie komplikowała mu życia, ale też, żeby nie wchodzić z jej zasadami w jakiś wyrazisty konflikt. Ot, wypełniać pewne minimum. Po to, aby móc w miarę spokojnie powiedzieć „Jestem katolikiem”. Po to, aby mieć poczucie jakiejś stabilizacji. Aby móc, wcale nie w żartach, patrzeć na innych i myśleć o sobie „Przy nich to wcale nie jestem takim strasznie grzesznym człowiekiem. Jestem całkiem w porządku wobec Boga i wobec Kościoła”. Więc dlaczego, a przede wszystkim po co mam się nawracać? Niech inni się nawracają.

Czytania trzeciej niedzieli Wielkiego Postu (rok C) mówią o nawróceniu. Naprawdę. Na przykład pierwsze czytanie, opowiadające o Mojżeszu i krzaku, który się nie spalał. Ono mówi o nawróceniu. O zmianie, która właśnie w tym momencie zaczyna się w życiu Mojżesza i w życiu całego Narodu Wybranego. Zmianie na lepsze. „Dosyć napatrzyłem się na udrękę ludu mego w Egipcie i nasłuchałem się narzekań jego na ciemięzców, znam więc jego uciemiężenie. Zstąpiłem, aby go wyrwać z ręki Egiptu i wyprowadzić z tej ziemi do ziemi żyznej i przestronnej, do ziemi, która opływa w mleko i miód” – powiedział Bóg. Prawdziwe nawrócenie jest zawsze zmianą na lepsze. Dzięki nawróceniu życie człowieka staje się lepsze. Dzięki nawróceniu życie z człowiekiem staje się lepsze.

Ale nie jest tak, że dokonuje się to raz, a dobrze. Święty Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian zwrócił uwagę, że Izraelici co prawda dali się Mojżeszowi wyprowadzić z Egiptu, co prawda przeprowadził ich przez Morze Czerwone, co można uznać za obmycie podobne do chrztu, ale nie potrafili zdecydowanie zerwać z wygodnym, niewolniczym życiem, jakie wiedli pod władzą faraonów. Nie dotarli do Ziemi Obiecanej. Ich nawrócenie okazało się chwilowe i nietrwałe. Wiele razy dawali do zrozumienia, że nie wiedzą po co i dlaczego mają tak radykalnie zmieniać swoje życie z łatwiejszego na trudniejsze, z jako tako ustabilizowanego i względnie bezpiecznego, na pełne niewiadomych i niebezpieczeństw.

Dlaczego mamy się nawracać? Gdyby przeczytać dzisiaj tylko pierwszą część fragmentu Ewangelii według św. Łukasza, odpowiedź byłaby prosta. „Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”  – powiedział Jezus. Trzeba się nawrócić i zmienić swoje życie ze strachu. Z obawy przed karą. I to nie byle jaką karą, ale karą Bożą. Być może niektórzy jeszcze pamiętają „Sześć głównych prawd wiary”. Druga z nich brzmi: „Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze”. Są ludzie, są katolicy, chrześcijanie, którzy widzą w Bogu wyłącznie sędziego. A nawet więcej, skrupulatnego i nieprzychylnego człowiekowi urzędnika, skupionego na tropieniu jego grzechów, wpadek i niedociągnięć. Oni, gdy mówią o bojaźni Bożej, naprawdę mają w oczach strach. Oni wierzą głęboko w piekło przedstawiane w rozmaitych wizjach, jako miejsce przerażające, pełne bólu oraz fizycznego cierpienia i panicznie boją się, że tam trafią.

Nie należy lekceważyć kary Bożej. Kara jest konsekwencją zła. W dzisiejszej Ewangelii Jezus wyjaśnia jej sens. Nie należy za karę Bożą uważać automatycznie każdego nieszczęścia, jakie spotyka człowieka. Nie należy mówić z satysfakcją: „O, Pan Bóg go pokarał”, gdy wredny sąsiad złamie nogę na oblodzonym chodniku. To jest czynienie z Boga złośliwego staruszka, który podstawia sękaty kij człowiekowi, który mu podpadł. Bóg nie jest złośliwym staruszkiem o prawniczym umyśle, który na bieżąco wyrównującym swoje porachunki ze światem.

Druga z głównych prawd wiary nie straciła ważności ani aktualności. Jezus wielokrotnie przypominał, że na końcu czasów, gdy przyjdzie powtórnie, odbędzie się sąd. Sąd Ostateczny. Jezus bardzo plastycznie go zapowiadał. Z tego sądu jedni wyjdą z nagrodą, a drudzy wyjdą z karą.

Ale czy strach jest wystarczającą motywacją, by zdecydowanie zmienić całe swoje postępowanie? Aby zmienić radykalnie swój sposób podejścia do życia? Aby przestawić swoje myślenie? Niekoniecznie.

Kilka dni temu doświadczony kierowca, znający znakomicie polskie drogi, dawał wskazówki kumplowi, który wybierał się na drugi koniec kraju. „Wiesz, jaka jest zasada. Nie chodzi o to, aby jeździć zgodnie z przepisami, ale o to, aby nie dać się złapać” – mówił z głębokim przekonaniem. To jest właśnie postawa, którą rodzi opieranie się na strachu. Nie chodzi o to, aby postępować dobrze, tylko o to, aby nie dać się przyłapać na złym. Takie reguły wielu próbuje stosować nie tylko wobec drogówki, skarbówki i wszelkich innych służb kontrolnych. Próbują w ten sposób „pogrywać” z Panem Bogiem. A jeśli już „wpadną”, zachowują się jak niejeden kierowca złapany przez policję – starają się jakoś wykręcić od ponoszenia konsekwencji swego działania. W stosunku do policjanta odwołują się do litości albo starają się go przekupić. A wobec Boga? Odwołują się do Bożego miłosierdzia. Uważają, że Boże miłosierdzie oznacza ze strony Boga pobłażliwość dla zła, lekceważenie go. „Wobec szerzącego się dziś na gruncie relatywizmu obrazu Jezusa jako dobrodusznego Przyjaciela, który „przymyka oko” na ludzkie słabości i nie daje się sprowokować do karania, trzeba może przypominać o odpowiedzialności przed Bogiem za dokonywane wybory i czyny” – napisał kiedyś w „Przewodniku Katolickim” ks. Krzysztof Różański. „Słynne zdanie z Listu św. Jakuba: „Miłosierdzie odnosi triumf nad sądem” (Jk 2,13), nie przeczy istnieniu możliwości poniesienia odpowiedzialności za grzechy”.

Ks. Różański burzy pewien wygodny dla współczesnego człowieka mit na temat Bożego Miłosierdzia. „Gdy wczytamy się w notatki św. Faustyny Kowalskiej, zwanej z uwagi na swe mistyczne doświadczenia Sekretarką Bożego Miłosierdzia, nie znajdziemy w nich zaprzeczenia prawdzie o Bożym sądzie i ewentualnej karze. Wręcz przeciwnie, Jezus mówił do Świętej: „nim przyjdę jako Sędzia sprawiedliwy, przychodzę wpierw jako Król miłosierdzia” (Dzienniczek, I, 35)”. „Podobnie jak inni mistycy, także św. Faustyna miała wizję piekła, będącego ostateczną karą za popełnione zło. Szerzone przez nią apostolstwo miłosierdzia miało ratować ludzi przed piekłem poprzez nawrócenie z miłości do Boga, a nie ze strachu przed karą” – przypomniał ks. Różanski. Nic dodać, nic ująć.

Przypowieść o drzewie figowym i ogrodniku z drugiej części dzisiejszego fragmentu Ewangelii nie mówi o tym, że bezowocnej roślinie należy odpuścić i zostawić ją na zawsze swemu losowi. Nie. Drzewo dostaje kolejną szansę, ale trwającą do czasu. „Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć” – prosi ogrodnik. Na tym właśnie polega Boże Miłosierdzie. Bóg nie zaczął uznawać zła za dobro. Nie ignoruje grzechów. Nie mówi: „Niech każdy sobie żyje, jak chce, a i tak dostanie wieczną nagrodę, i tak będzie zbawiony”. Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze. Bóg jest Miłością. I nie ma tu żadnej sprzeczności.

Popularity: 1% [?]

Niezbyt wielkie posty (16): Grzeczni

- Wiesz, w związku z tym co opowiadałeś o tych swoich pracownikach, którzy cię okradli, przypomniało mi się takie powiedzenie: „Nie rób drugiemu dobrze, nie będzie źle”. I nie uwierzysz, ale usłyszałem to powiedzenie pierwszy raz od księdza!
- Od księdza? Za bardzo chrześcijańskie to ono nie jest. Broń mnie Panie Boże przed księdzem, który kieruje się taką zasadą.
- Ksiądz jest złota dusza i oczywiście powiedzenie przytoczył w żartach, bo sam postępuje dokładnie odwrotnie. Ale coś w tym jest. Jeszcze jedno powiedzenie mi się przypomniało: „Każde dobro będzie ukarane”. Dobre, nie?
- Ty tu sobie żarty stroisz, a ja naprawdę zaczynam mieć tego wszystkiego dość. Ja naprawdę w życiu za dobro, które komuś robię, dostaję w zamian zło. Nawet od najbliższych.
- No widzisz. Mnie też czasem nachodzą myśli, że nie warto się starać i być dobrym, bo dranie i sukinsyny mają lepiej na tym świecie. Byle tylko zdążyć przed śmiercią się poprawić, to nawet do nieba się idzie. Pamiętam coś takiego z kościoła, że jak się jakiś bydlak poprawił, to ogólna impreza była, a tego, co grzecznie zasuwał, to nikt nawet nie pochwalił…
- Wiesz co, ci grzeczni, to czasem więcej na sumieniu mają niż ci, co uchodzą za łotrów.
- Oooo, naprawdę źle z tobą, skoro cię wzięło na taką szczerość…

Popularity: 2% [?]

Niezbyt wielkie posty (15): Zwolnienia

- Jakoś nie za dobrze wyglądasz. Stało się coś?

- A takie tam. Mam problemy z firmą.

- Skarbówka? Coś pokombinowałeś? Nie wierzę. To nie w twoim stylu.

- Nie, oczywiście, że nie. Chodzi o pracowników.

- Na pewno za dużo od nich wymagasz. Już ja cię znam. Nigdy nie pamiętasz, że ludzie to nie maszyny.

- Do lenistwa już się przyzwyczaiłem. Ale teraz mam naprawdę problem. Musiałem wyrzucić dwóch ludzi dyscyplinarnie. Wcale nie za to, że się obijali w czasie pracy.

- Nie? A za co? Aż dyscyplinarnie?

- Wiesz przecież, że co prawda wymagam dużo od ludzi, ale o nich dbam, płacę lepiej niż inni, opiekę zdrowotną zapewniam, nie nadużywam nadgodzin…

- Już się nie chwal. Czemu ich wywaliłeś?

- Bo mnie okradli!

- Żartujesz.

- Nie, w zeszłym tygodniu po cichu sprzedali na lewo bardzo drogie komponenty.

- Zawiadomiłeś policję?

- Jeszcze nie.

- No to na co czekasz?

- Nie chcę ani im ani sobie niszczyć życia…

- Nie wiem, czy to dobre rozwiązanie.

- A najgorsze jest to, że zawiedli mnie ludzie, którym najbardziej ufałem. To naprawdę boli…

Popularity: 2% [?]

Category: Codziennie  Tags:  Leave a Comment

Uwaga na słowa

Trzeba uważać na słowa – mawia jeden z moich znajomych, który charakteryzuje się bardzo ostrym językiem. Niejednokrotnie z tego powodu miał problemy i nieprzyjemności. Niejednokrotnie musiał przepraszać. I właściwie można by powiedzieć, że dobrze mu tak, skoro najpierw kłapie dziobem, a potem ewentualnie myśli co i do kogo powiedział.
 
Ostatnio jednak zrobiło mi się go żal. Skarżył mi się, że bardzo pracuje nad sobą, uczy się kulturalnego i nieobraźliwego zwracania ludziom uwagi, stara się każdemu człowiekowi okazywać szacunek należny osobie ludzkiej, jednak ludzie nadal uważają, że zwraca się do innych po chamsku i słyszą więcej i ostrzej, niż on sam mówi.
 
Zaraz mi się przypomniało, jak to jeden polski polityk powiedział o drugim polskim polityku, że sprawowaną przez niego funkcję może pełnić człowiek niski, ale nie mały. Jak na moje ucho, to takie aluzje raczej nie są dowodem wysokiego wyrobienia towarzyskiego, ale cóż, nie jest nigdzie powiedziane, że politykami muszą być wyłącznie ludzie bardzo wysokich lotów.
 
Jednak aż zastrzygłem uszami, gdy inny polityk, krytykując wypowiedź tego pierwszego stwierdził, że to brzydko nazywać ważnego polityka kurduplem. Oczywiście pierwszy polityk natychmiast ogłosił w mediach, że on takiego słowa nie użył. No tak, widać, że sposób, w jaki wcześniej formułował swoje myśli, mocno utkwił w głowach jego kolegów polityków.
 
Kłopoty z powodu użytych słów mają też inni. Dwoje maturzystów z Wrocławia właśnie złożyło do sądu pozew przeciwko Ryszardowi Legutce, byłemu ministrowi edukacji i obecnemu europosłowi. Były minister nazwał ich „rozwydrzonymi i rozpuszczonymi przez rodziców smarkaczami”. Uczniowie twierdzą, że to narusza ich dobra osobiste.
 
Chodzi o uczniów z Wrocławia, którzy pół roku temu złożyli w gabinecie dyrektora szkoły petycję o usunięcie symboli religijnych z terenu liceum. Sprawę w mediach na bieżąco komentował profesor Legutko, europoseł z okręgu wrocławskiego. Uczniów nazwał m.in. „smarkaczami”, a ich działania „typową szczeniacką zadymą”. No i teraz będzie się z tego tłumaczył przed sądem.
 
Nie jestem zwolennikiem obrażania ludzi i wiem, że na to, co się mówi, trzeba bardzo uważać, aby nie naruszyć godności drugiego człowieka. Sam też nie lubię, gdy ktoś w stosunku do mnie nie przebiera w słowach. Nie mogę jednak zapomnieć, że Pan Jezus nazywał niektórych obłudnikami, a nawet grobami pobielanymi. Coś mi się wydaje, że dzisiaj chętnie by Go oni za to pozwali do sądu i zażądali wielotysięcznego odszkodowania.
 
Tekst wygłoszony na antenie Radia eM
 

Popularity: 2% [?]